niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział 18

Kolejne dni w naszym obozie po starciu z Askarem były ciężką harówką. Każdy pracował w pocie czoła aby przywrócić nasz obóz do stanu przed bitwą. Budowniczy odbudowywali zniszczone domy i namioty, dziewczyny ( w tym ja ) pracowały w szpitalu ale i pomagały w drobnych sprawach,mechanicy i inżynierowie a także i naukowcy naprawiali broń, Ethan wraz z Malią i jeszcze jednym zastępcą układali plan na najbliższe miesiące a cała reszta sprzątała i zasadzała nowe drzewa które w wyniku walki ogniem mocno ucierpiały. 
Podsumowując  przez 3 miesiące ostro pracowaliśmy. Ja sama zajęłam się wraz z bliźniakami Stewart moim nowym łukiem. Wspólnie z nimi udało mi się stworzyć nowy lepszy łuk i kołczan ze strzałami który okazał się rewelacyjny. Dzień w dzień spotykałam się z obozowiczami na polu treningowym i doskonaliłam swoje umiejętności. Ogółem mówiąc przez cały czas  wszyscy mieli ręce pełne roboty. Aczkolwiek przez ten czas także dużo dni świętowaliśmy i dobrze się bawiliśmy.
4 listopada odbył się u nas ,, Obozowy Dzień Dziękczynienia'', podczas którego nasi przyjaciele kucharze upiekli pysznego indyka i zrobili wielką ucztę. Wieczorem odpaliliśmy ogromne ognisko i cały wieczór ( i noc) balowaliśmy i śpiewaliśmy przeróżne piosenki. Wielu obozowiczów ujawniło swój muzyczny talent w tym Matt który był naszym gitarzystą przy ognisku.
Wcześniej też pod koniec października odbyło się  Halloween i cóż impreza z tej okazji w naszym obozie była ,,zabójczo'' rewelacyjna. Każdy z nas przebrał się za jakiegoś stwora. Ja przebrałam się dość oryginalnie bo oblałam się sztuczną krwią i ubrałam czerwone soczewki. Roztrzepałam włosy i wyglądałam prosto ale efektownie. 
Camill przebrała się za mrocznego anioła, Malia za kościotrupa, James za mrocznego wampira ( pasował idealnie do Camill), Matt za przystojnego zombie, a mój brat był wilkołakiem. Nie do końca mu to wyszło ale i tak zabawa była świetna. Obozowicze chodzili od domku do domku innego obozowicza i robili sobie niezłe kawały ( przez przypadek podpalił się jeden domek ale nic wielkiego się nie stało). Rozdawaliśmy sobie nawzajem cukierki i inne słodkości a w nocy urządziliśmy imprezę i nasz obóz zamienił się w scenerię rodem z najgorszego horroru. Obozowicze artyści tak idealnie zaplanowali wszystko że albo byliśmy na cmentarzu albo w mrocznym lesie. Naprawdę było niesamowicie... Po imprezie poszłam z Matthew do jego domku na drzewie i do rana oglądaliśmy horrory i popijaliśmy krwiste drinki. Ahhh co to był za dzień...
W obozie byłam już ponad 4 miesiące i to miejsce stało się moim drugim domem. Mam tu tylu wspaniałych przyjaciół, chłopaka, brata za którym mocno tęskniłam i odnalazłam swoje własne ja dzięki temu miejscu. Kiedy nastał pokój w naszym świecie nadprzyrodzonym moje życie było wspaniałe. 
Gdy nadszedł grudzień i spadł śnieg każdy obozowicz nie mógł doczekać się świąt. Z opowiadań Malii dowiedziałam się że tego dnia w naszym obozie czuć magię ( dosłownie). I wtedy wpadłam na pewien pomysł. Pomyślałam czy by może w te świąteczny dni nie odwiedzić naszych rodzin i nie wrócić na trochę do normalnego życia. Udałam się więc z tą myślą następnego dnia do mojego brata do Twierdzy. Miał właśnie spotkanie z zastępcami toteż usiadłam pod jego pokojem i poczekałam. Gdy spotkanie się zakończyło spotkałam się z Ethanem i postanowiłam powiedzieć mu o tym pomyśle.
- Co cie tu sprowadza Emily ? Powinnaś być w szpitalu właśnie i opiekować się chorymi.
- Tak wiem ale posłuchaj muszę ci coś powiedzieć...
- Ok no to słucham...
Usiedliśmy naprzeciw siebie a ja po chwili niezręcznej ciszy zaczęłam przemówienie:
- Bo wiesz że mamy grudzień i za tydzień są święta prawda ?
- NO tak i co w związku z tym ?
- Cóż pomyślałam sobie czy by nie można było no wiesz... czy każdy obozowicz nie mógłby wtedy tego dnia spędzić z rodziną w domu. Żeby móc chociaż na chwile wrócić...
- Wykluczone - przerwał mi stanowczo Ethan
- Ale dlaczego ?
- Emily rozumiem że tęsknisz za rodzicami i że w święta chciałabyś ich zobaczyć ale to niemożliwe. Gdyby każdy z nas wrócił do normalnego życia mógłby się wygadać komuś i byłby wielki problem...
- No tak ale przecież można by było zawrzeć jakieś przymierze albo regułę lub zasadę że będzie można wrócić chociaż na czas świąt do rodziny. Spotkać się z nimi ale nie mówić im niczego na temat obozu i samego siebie. To że jesteśmy inni nie znaczy że nasze rodziny muszą odchodzić od zmysłów !!!
- Emily...
- No co no ?! Ethan błagam cię no ! Na pewno każdy tęskni za rodziną. A ty ? Nie tęsknisz za mamą i tatą ? Nie obchodzi cię ich los ?  
- Tak obchodzi bo kocham ich ale oni tego nie zrozumieją. A poza tym i tak po świętach musimy tu wrócić ! 
- Wiesz co.... ehh... już nie ważne. Nie mogę uwierzyć po prostu że jesteś taki płytki. Bracie ty tego nie umiesz zrozumieć no !!! My jesteśmy nastolatkami i na pewno każdy z nas pragnie znowu zobaczyć swoich rodziców!
- Siostra proszę nie bądź zła ja po prostu...
- Tak tak wiem dbasz o nasze dobro i o dobro obozu... trudno przynajmniej próbowałam...
Wyszłam z pokoju Ethana i zatrzasnęłam za sobą drzwi ze wściekłością. Szybko pobiegłam do siebie i rzuciłam się na łóżko z płaczem. Może ja już nigdy nie zobaczę rodziców ? Czy zostanę tu do końca życia ? Nie tak nie może być !!! Przespałam się z tą myślą i trochę się uspokoiłam, a kiedy się obudziłam postanowiłam działać wbrew rozkazowi mojego brata. Ułożyłam dużą listę i opisałam w niej ten problem. Wzięłam ja ze sobą i udałam się do każdego obozowicza żeby mu to przedstawić i dzięki temu zebrać od każdego podpis. Może dzięki przewadze liczebnej to się uda? Cóż zawsze warto spróbować...
Tak więc przez 3 godziny chodziłam od domku do domku i zaczepiałam każdego obozowicza pokazując mu listę i opowiadając mój plan. Gdy wróciłam do siebie i przestudiowałam to okazało się że na ponad 100 osób 90 było za a reszta przeciw. Wśród tych sprzeciwiających się była Malia która twierdziła jak mój brat ( w końcu też jest dowódcą ) i parę innych osób w tym mój ukochany Matt co lekko mnie zdziwiło ponieważ nie wiedziałam dlaczego Matt nie chce zobaczyć swoich rodziców. Po obiedzie spotkałam się z nim w naszym miejscu wspólnym miejscu, w domku na drzewie. Leżeliśmy razem w hamaku i przytulaliśmy się nie mówiąc ani słowa, gdy w końcu ja przerwałam ciszę:
- Dlaczego nie zgodziłeś się na mój pomysł żeby w święta wrócić do domu ?
- Ty tego nie zrozumiesz...
- Oj weź przestań. Jeżeli coś się dzieje to mi powiedz !
- Emily ja...no to nie jest temat żeby o tym gadać
- Nie dam ci spokoju dopóki mi nie powiesz- zaczęłam go łaskotać i wkurzać aż nie wytrzymał i krzyknął :
- Moi rodzice się rozwiedli !!!
- O rany, Matt ja nie wiedziałam...
- No właśnie dlatego nie chce wracać i spędzać świąt albo z mamą albo z tatą. Oni nawet gdy spotkają się przypadkiem ciągle się kłócą i po prostu te święta byłyby kolejną porażką. Dlatego wole zostać w obozie.
- Ok rozumiem. Skoro tak to już nie pytam...
Zakończyłam ten temat i zaczęłam go całować.
Spędziliśmy resztę czasu razem dobrze się bawiąc dopóki Matt nie został wezwany żeby pomóc w zbrojowni.  Pożegnałam się z nim i postanowiłam podesłać listę z podpisami do Twierdzy aby jeszcze raz spróbować przekonać mojego brata do tego żeby spotkać się z rodzicami.

***
Wieczorem około 20 gdy siedziałam u siebie i czytałam książkę ktoś zapukał do drzwi. Kiedy podeszłam i otwarłam je ujrzałam mojego brata.
- Hej możemy pogadać ?
- Wiesz nie mam zbytnio ochoty z tobą gadać no ale wchodź
Zaprosiłam go do środka. Usiadł na fotelu a ja na łóżku i od razu przeszedł do rozmowy.
- Wiem że jesteś na mnie zła za tą kłótnie dzisiejszą na temat twojego pomysłu.
- I przyszedłeś tu żeby mnie przeprosić za to ?
- Nie do końca...
- Ethan ?
- No więc, zwołałem zebranie i przedyskutowałem to z najlepszymi z naszego obozu oraz zastępcami i po długiej naradzie doszliśmy do wniosku że....
- Tak ?
- Każdy kto będzie chciał będzie mógł na czas świąt wrócić do domu i spotkać się z rodziną
- Żartujesz ?!- powiedziałam z niedowierzaniem 
- Nie siostra. Nareszcie zobaczysz rodziców - odpowiedział mi z uśmiechem 
- O mój boże dziękuje ci, dziękuje !!!- krzyknęłam radośnie i podbiegłam do niego i mocno utuliłam
Byłam tak zachwycona tą wiadomością że nawet chciało mi się płakać 
- Ale dlaczego zmieniłeś zdanie? - spytałam po uspokojeni swojej radości 
- Cóż nie wiem. Może przekonała mnie ta twoja lista którą ułożyłaś i tyle podpisów na tak. Zresztą po dłuższym czasie namysłu stwierdziłem że to nam się należy
- Jesteś wspaniały- powiedziałam do niego i ponownie go przytuliłam
- Oj dobra koniec tych czułości. Chodź trzeba to przekazać reszcie.
Ethan zwołał wszystkich na główny plac i powiedział mi o tym iż wyraził zgodę na mój pomysł dotyczący powrotu na święta aczkolwiek zagroził też iż ten kto chociaż przez przypadek wygada się komuś na temat obozu lub nas samych zostanie albo zamknięty a naszym obozowym wiezieniu albo w najgorszej opcji zostanie stąd wyrzucony. 
Cóż tego mi Ethan nie powiedział ale raczej wątpię żeby ktokolwiek ośmielił się zdradzić nasza tajemnicę. Po spotkaniu wszyscy rozeszli się do siebie a  Ethan podszedł na koniec do mnie i powiedział :
- Szczerze ja też się cieszę że zobaczę rodziców- wyznał mi
- Hah wiedziałam że za nimi tęsknisz. Wygrałam !!
- Oj już dobra nie jaraj się tym tak tylko pomyśl co im kupimy pod choinkę
- Nie martw się coś zaplanuje - odpowiedziałam mu
Pożegnałam się z bratem i wróciłam w podskokach radości do swojego domku. Nie mogłam się doczekać tego że znowu zobaczę moich rodziców !



OD AUTORKI
Kurde tak teraz sobie myślę że to już 18 rozdział :D  Nie jest jeszcze tak źle zważywszy na to że bloga zaczęłam pisać jakieś parę miesięcy temu. Owszem nie jest on jakiś niesamowity i nie jest też zbyt popularny ale i tak cieszę się z tego że go prowadzę. Mam ogromną nadzieje że jeszcze wiele osób go pozna i spodoba się im moje opowiadanie. To by dla mnie wiele znaczyło. A jak na razie nie mam zamiaru z nim kończyć i zachęcam do czytania kolejnych rozdziałów. Ze względu że w tym tygodniu będę mieć ważne egzaminy nie będzie na razie nowego rozdziału, ale obiecuje że za niedługo znowu się pojawią ;) To tyle z moje strony :)

Muzyczka na koniec musi być, nie ma to tamto ;P Dziś coś wesołego:



sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 17

Po dotarciu do szpitala przemieniłam się w swoją ludzką postać i zaniosłam mojego brata do środka. Stacjonujący tam obozowicze natychmiast przybiegli mi z pomocą. Ethan wciąż był nieprzytomny a z jego nogi dalej ciekła strumieniami krew. Bałam się o niego ponieważ w każdej chwili mógł się wykrwawić. Położyliśmy go na łóżku, podaliśmy napój wzmacniający oraz zatamowaliśmy krwawienie, niestety to nic nie dawało, kula od pistoletu wciąż tkwiła w jego nodze. Postanowiłam więc działać. Przysiadłam obok jego rany, wzięłam ze sobą nożyczki lekarskie i długą  pęsetę i próbowałam normalną metodą wyciągnąć pocisk. Nie dało to dobrego efektu ponieważ kula ześlizgiwała się z pęsety. Wywaliłam więc sprzęt lekarski i postanowiłam działać swoim umiejętnościom. Skupiłam całą moc na tej ranie i pomału starałam się wyciągnąć kulę. Traciłam pomału siły ale nie poddawałam się. Owszem jeszcze nigdy tego nie robiłam ale wiedziałam że musi się udać. W końcu po 15 minutach wyciągnęłam pocisk i wyrzuciłam go. Ranę powstałą po postrzale obmyłam, zaszyłam i posmarowałam ziołową maścią. Po paru minutach zaczęła się goić. Odetchnęłam z ulgą. Ethan nie dawał znaku życia lecz czułam jego tętno. Wtedy spadł mi kamień z serca że on jednak żyje. Byłam przy nim jeszcze jakieś 10 minut lecz nie mogła tutaj tak cały czas siedzieć kiedy za zewnątrz wciąż dzieje się bitwa. Chwyciłam więc moje strzały i ruszyłam na pomoc. Widziałam mnóstwo obozowiczów dzielnie walczących z resztą potworów. Chyba armia Askara jeszcze nie wie że on nie żyje. Dziwne. Wzniosłam się wiec na szczyt wzgórza a pode mną rozgrywała się krwawa rzeź. Wzięłam głęboki oddech i krzyknęłam w stronę nieba : KONIEC TEGO !!!!!!!!
Bitwa ustała i wszystkie oczy skierowały się w moją stronę. Pokazałam na zaćmienie słońca które zaczęło się cofać i wrzasnęłam:
- WIDZICIE TO ?! TAK,ASKAR ZOSTAŁ POKONANY A WOJNA MA SIĘ NATYCHMIAST SKOŃCZYĆ ! POKONALIŚMY WAS POTWORY ! WRÓĆCIE DO SWOJEGO ŚWIATA I NIE POKAZUJCIE SIĘ TU ! TO KONIEC !
Potwory i inne stworzenia spojrzały na mnie ale chyba nie zrozumiały o co chodzi. Wkurzyły się jeszcze bardziej i powróciły do walki. Wtedy ja także nie wytrzymałam i rzuciłam się na potwory. Ponieważ mój łuk był w strzępach postanowiłam działać bez niego. Wszystkie strzały jakie mi zostały włożyłam do kołczanu i rzucałam nimi w potwory. Niektóre od razu po ostrzale padały inne walczyły resztkami sił. Udało mi się znaleźć moich przyjaciół i razem z nimi zabijałam te okropne stworzenia jeden po drugim. Matt patrzył na mnie z podziwem i ukradkiem się uśmiechał. Camill i Malia walczyły tak zaciekle że potwory bały się do nich zbliżyć. Najlepsza była właśnie Camill która jak oszalała krzyczała : GIŃCIE NĘDZNE KREATURY ! TO JA TU ŻĄDZE !!! HAHAHA
Ahh ta Camill zawsze taka bojowo nastawiona...
Udało nam się zlikwidować największe stwory tak że te mniejsze zaczęły się pomału wycofywać. Każde z nich wpadało pod ziemie i nie miało chęci wracać.
Nagle zza góry wyleciał mój smok Ruby. W pełni sił podpalił resztę uciekających potworów a one z piskiem uciekły do podziemia. Nie mogłam uwierzyć że Ruby jest cały i zdrowy. Podbiegłam do niego, przytuliłam się do jego szyi i powiedziałam :
- Ohh mały jak miło cię znowu widzieć. 
- Rarrrghhhh- odpowiedział 
Matt patrzył na naszą dwójkę ze smutkiem. Nie mógł pogodzić się ze stratą Feniksa.  
Kiedy wszystkie stwory uciekły i spokój zapanował na wzgórzu rozejrzałam się wokół obozu i zobaczyłam że większa część budynków jak i las płoną. Matt od razu się tym zajął. Zebrał wodę z pobliskiego jeziora i spowodował deszcz. Podeszłam do niego i namiętnie go pocałowałam. Ona momentalnie odpłynął. Kiedy przestałam go całować ona zamroczony zapytał :
- Czy to prawda Emily ? TO co mówiłaś ? Pokonałaś Askara ? Udało nam się ?
- Tak Matt naprawdę nam się udało- odpowiedziałam radośnie.
Zaczęliśmy się wszyscy radować. Nawet najpoważniejsza z nas Malia uśmiechnęła się i przytuliła nas. 
Podczas gdy myśmy się radowali reszta obozowiczów zabrała się za naprawę obozu po skutkach bitwy. Później my również dołączyliśmy się do nich. 
Zaćmienie się skończyło a przesilenie nastąpiło i świat wszedł w czas jesienno- zimowy.
Ogólnie nasz obóz nie ucierpiał zanadto. Owszem brama została zniszczona, niektóre domki obozowiczów spłonęły, a las został zniszczony, ale pomimo to natura sama zaczęła na nowo się odradzać. 
Kiedy udało nam się ugasić wszystkie pożary i ogarnąć ruiny obozowicze udali się do szpitala aby sprawdzić co z ich dowódcą. Ja poleciałam jako pierwsza bo jedyna wiedziałam co tak naprawdę stało się z moim bratem.
Wciąż leżał w szpitalu i nie dawał znaku życia. Jego stan się znacznie poprawił, teraz będzie musiał dużo czasu poświęcić na odpoczynek i regeneracje. 
Po czasie obozowicze rozeszli się do swoich domków a ja dalej byłam przy moim bracie. Czuwałam przy nim gdyby działo się coś. Co jakiś czas przychodził do mnie Matt. Siedzieliśmy razem wtuleni w siebie i opowiadaliśmy o dzisiejszym dniu. Matthew rozpaczał po stracie smoka, nie mógł pogodzić się ze stratą przyjaciela. Ja na jego miejscu również byłabym smutna aczkolwiek starałam się go pocieszyć i powtarzałam że Feniks zostanie w jego sercu i że był wspaniałym smokiem. Pomyślałam też żeby może Billy twórca naszych smoków stworzył jeszcze raz takiego samego smoka. Wtedy Matt miał by znowu przyjaciela.
Była godzina 19. Ciągle stacjonowałam w szpitalu obozowym przy Ethanie, lecz co jakiś czas przechadzałam się i sprawdzałam co u innych rannych obozowiczów. Kiedy wróciłam do Ethana zawitała Malia. Usiadła przy nim i czule go ucałowała w czoło szepcząc mu do ucha :,,wyzdrowiejesz, nie martw się,byłeś niesamowity wiesz?''
Podglądałam cały ten widok zza zasłony która znajdowała się przy łóżku jednego z rannych. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czyżby Malia i Ethan? Czy coś między nimi jest? 
Podeszłam po chwili do łóżka mojego brata mówiąc do Malii:
- Hej jak tam?
- O hej - zaskoczona szybko odeszła od Ethana i wyciągnęła dla mnie torbę z kolacją.
- Masz przyniosłam ci kolację 
- O dzięki ale nie jestem na razie głodna.
- To jak będziesz chciała to zjedz. Nie to nie ja już idę 
Kiedy Malia miała wyjść zatrzymałam ją i poprosiłam aby została razem ze mną i Ethanem. Przysiadłyśmy obok niego i nastąpiła chwilowa cisza którą przełamała Malia.
- On wyzdrowieje co nie ?
- Na moje lekarskie oko za dzień, dwa wyjdzie ze szpitala.
- To dobrze a czemu wciąż jest nieprzytomny?
- Jest w śpiączce... ale spokojnie to farmakologiczna śpiączka, nic mu się nie stanie a tak będzie lepiej żeby na razie nie wstawał ani nie przemęczał się.
- Rozumiem...
- Czyli teraz ty jesteś dowódcą ?
- Dopóki on nie wyzdrowieje to tak. A w ogóle jak to się wszystko stało ?
Opowiedziałam całą historię walki z Askarem Malii a ona z chwili na chwili robiła coraz większe oczy. Gdy skończyłam powiedziała tylko:
- Łał.....
- Tak wiem. Przyznam że nieźle się działo ale cieszę się że to koniec. Może nawet będę mogła wrócić do domu.
- No może... dobra ja już lecę. Muszę jeszcze pomóc innym i załatwić parę spraw w Twierdzy. Pa
Gdy Malia wyszła ja spędziłam jeszcze godzinę w szpitalu a później stwierdziłam że dobrze by było pójść i samej odetchnąć po tym dniu.
Wzięłam ze sobą kolację którą przyniosła mi Malia, pożegnałam Ethana i udałam się w stronę swojego domku. Po wejściu od razu poszłam do łazienki. Kiedy przeszłam obok lustra przeraziłam się na swój widok. Większość mojego ubrania była podpalona, buty miałam ubrudzone krwią,gdzie nie gdzie widoczne były blizny lub małe rany które nie zagoiły się same, moje włosy były lekko podpalone a twarz była ubrudzona sadzą i zaschniętą krwią. Moja ukochana broń została zniszczona a kurtka od taty w niektórych miejscach się potargała. Moje oczy migotały różnymi barwami i jak potem zauważyłam, parę bransoletek zniknęło z mojej ręki. Reasumując wyglądałam potwornie, a zmęczenie dodawało mi gorszego wyglądu. Zrzuciłam z siebie brudne ciuchy i wskoczyłam pod prysznic. Zmyłam z siebie całą krew i brud i od razu poczułam się lepiej. Po wyjściu z łazienki zrobiłam porządek z ciuchami i przebrałam się w luźną koszulkę i dres. Podpalone końcówki włosów ścięłam scyzorykiem a resztę dokładnie rozczesałam, spryskałam własnej roboty odżywką ziołową i splotłam w warkocz aby jeszcze bardziej mi się nie poplątały. Żałowałam że straciłam łuk i prawie wszystkie strzały. Został mi tylko brudny kołczan który przemyłam i odstawiłam do wyschnięcia. Kurtkę moro od taty przemyłam i zszyłam dziury. Gdy już wszystko uprzątnęłam walnęłam się na łóżko, okryłam cała kocem i zasnęłam wyczerpana ale szczęśliwa z zakończonej pomyślnie bitwy. Askar zginął,jego armia się poddała, nasz obóz jest wolny i bezpieczny i wreszcie mogę spokojnie odetchnąć. Najbardziej jednak cieszyłam się że mój koszmar który przyśnił mi się ostatniej nocy był tylko fikcją. Teraz mogliśmy już tylko świętować.


OD AUTORKI
 No....jest kolejny rozdział :) Mam nadzieje że się podoba i nie jest znowu tak źle ;P Nie będę się zaś rozpisywać tylko zachęcam wszystkich do czytania i obiecuje że kolejne rozdziały będę jeszcze dłuższe i jeszcze lepsze. Ja nie wiem jak wy ale u mnie jest cudna pogoda co bardzo mnie cieszy ^.^ Korzystajmy z tego bo nie wiadomo jak długo będzie tak ładnie. Pozdrawiam Aleks ;*

I tu oczyw9iście muzyka. Tym razem coś co doskonale pasuje do rozdziału: 



sobota, 4 kwietnia 2015

Rozdział 16

Obudziłam się nad ranem po nieprzespanej nocy kiedy usłyszałam róg wojenny. Znaczyło to tylko jedno: Askar nadchodzi! Szybko ubrałam się w ubrania zbrojne ale nie zapomniałam o ukochanej kurtce od taty. 
Zarzuciłam na ramię łuk i kołczan wraz z specjalnymi strzałami, umyłam twarz, związałam włosy i bez śniadania wyleciałam jak błyskawica z domu. Zauważyłam że obozowicze są już gotowi do walki. Poszłam więc poszukać moich przyjaciół. Spotkałam ich niedaleko bramy. Czekali właśnie na mnie.
Przywitałam się z nimi po czym wezwaliśmy nasze smoki. Ruby przyleciał jako pierwszy i na powitanie przewrócił mnie radując się na mój widok.
- Cześć kochany wiem ja też tęskniłam ale nie pora na zabawę mamy misję do wykonania.
Dosiedliśmy nasze smoki i przygotowaliśmy się do odlotu. Przez wylotem przybiegł do nas mój brat. Ubrany był w nowoczesną zbroję, a w ręku trzymał potężny miecz. Do pasa przypięty miał sztylet oraz niewielki pistolet. Był gotowy położyć kres tyrani Askara. Podszedł bliżej mnie i Rubiego i powiedział:
- Uważaj na siebie mała
- Spokojnie Ethan. Dam radę. Ty też bądź ostrożny.
- O mnie się nie martw. Znasz plan ?
- Owszem.
- Dobrze. Tak więc powodzenia
Spojrzał na Malię która pomimo odkąd ją poznałam była jedną z najtwardszych obozowiczek teraz była przerażona. Uśmiechnął się do niej po czym odszedł do własnej bazy gdzie patrolował na wroga, a my wznieśliśmy się w powietrze. Przelecieliśmy nad obozem i w tym właśnie momencie ujrzałam armię Askara zmierzającą w stronę wzgórza gdzie był obóz. Widziałam tam olbrzymy, cyklopy,demony,3-metrowe węże, kościotrupy,lwy,wilki,potwory z samego piekła. Wszyscy byli potężni i niezbyt mile nastawieni. Na ich czele jechał na mrocznym rydwanie sam Askar w eskorcie dwóch strasznych szkieletowych wojowników. Wokół nich rozciągał się mrok.Na jego widok poczułam obrzydzenie. Miałam tylko nadzieje że zgnije w piekle, a koszmar minionej nocy nie będzie prawdziwy.
Przygotowaliśmy nasze bronię i wróciliśmy do obozu aby powiadomić resztę że zaraz wróg nadejdzie.
Chwilę potem Askar i jego armia znaleźli się tuż przed naszym obozem.
Askar wysiadł z rydwanu i podszedł bliżej. Stanął na wprost mojego brata i ryknął:
- Widzę że się przygotowaliście ! Mam dla was pewien układ! Jeżeli się poddacie dobrowolnie i oddacie mi pokłon, nie zaatakuje waszego nędznego obozu. 
- Nigdy Askarze! Chyba że po moim trupie - odwarknął mu Ethan
- Cóż w takim razie..... ATAK !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
I w tym momencie rozegrała się wielka walka. Cała mroczna armia ruszyła ku bramom naszego obozu kiedy wybuchł wielki strumień ognia. Zginęło parę potworów lecz to dużo nie dało. Wszyscy obozowicze zaatakowali. Starły się miecze z kłami, topory z pazurami i naprawdę rozpoczęło się piekło.


Ja wraz z przyjaciółmi ruszyliśmy ku olbrzymom i cyklopom.
Naszego smoki zionęły ogniem ku nim a ja zabijałam ich jeden po drugim. Camill rzucała swoimi sztyletami, Malia używała do walki magii, Matt dzięki posługiwaniu się żywiołem wody zmiótł ich ku dolinie a James zabijał dzięki bombą wykonanym przez Matta. Sam też strzelał z łuku co dodatkowo pomagało. Każdy zabity potwór przemieniał się w pył. Udało nam się zabić 10 olbrzymów i 20 cyklopów lecz pojawiały się nowe. W pewnym momencie Matt zagapił się i olbrzym rzucił głazem z jego stronę. Niestety nie udało mu się ominąć przeszkody. Głaz trafił w jego smoka i  Matthew spadł z niego lecąc ku ziemi. Natychmiast poleciałam mu z pomocą. W ostatnim momencie chwyciłam go za rękę i wrzuciłam na grzbiet Rubiego. Smok Matta upadł na kamienisko i nie przeżył. Matt momentalnie załamał się. Patrzył właśnie jak umiera jego zwierzęcy kompan i nie mógł nic z tym zrobić. Próbowałam go pocieszyć jednak on wciąż nie mógł uwierzyć że jego smok zginął. Wkurzony na maksa zebrał wodę z całej okolicy i spowodował tsunami które zmiotło większość  potworów z powierzchni ziemi.
Poprosiłam go żeby przejął prowadzenie smoka, a sama stanęłam na grzbiecie Rubiego, napięłam łuk i zaczęłam strzelać strzałami porażającymi prądem. Poraziłam parę cyklopów które momentalnie zamieniły się w pył. Przez dłuższy czas wygrywaliśmy gdy szkieletowi wojownicy zaczęli w nas strzelać z kusz i łuków. Postanowiliśmy ukryć się na jakiś czas i po chwili ponownie zaatakować. W tym momencie olbrzymy uruchomiły katapulty. Zaczęli miotać w obóz jak i w nas płonącymi kulami. Pech chciał iż jedna z tych kul trafiła mnie i Rubiego. Ruby zakręcił się w powietrzu, a ja niestety nie zdążyłam się utrzymać. Zaczęłam spadać ku ziemi.Pamiętam że słyszałam tylko krzyk Matta : EMILY NIE!!!!!!!! i potem tak jakby urwał mi się film...
Ocknęłam się z wielkim bólem w lewej nodze. Chyba złamałam kość. Mój łuk leżał koło mnie lecz był nadłamany. Spróbowałam się podnieść i odnaleźć się w danej sytuacji. Byłam pośrodku lasu i nie wiedziałam co mam dalej począć. Ruby i Matt zniknęli, tak samo jak reszta. Gapiłam się w niebo szukając kogokolwiek z nich. Krzyczałam na cały głos, by wezwać pomoc, lecz to wszystko poszło na marne.Ułożyłam się więc na polanie i zaczęłam głęboko oddychać próbując przy tym uleczyć nogę. Koniec końców kość zrosła się lecz ból i kuśtykanie pozostało. Mimo to dopisało mi szczęście bo potrafiłam się w miarę poruszać. Znalazłam pewien rzadki gatunek rośliny leczniczej i owinęłam sobie nogę jego liśćmi. Zawiązałam je dzięki sznurkowi z bransoletki i po dokładnym rozglądnięciu się udałam się na północ bo  wydawało mi się że tam  znajduję obóz który właśnie toczy walkę a ja jestem tu !!!!
Po drodze wpadłam na pewien pomysł. Może nie ma już przy mnie Rubiego ale skoro potrafię zmieniać się w pewne zwierzęta to może one mi pomogą ?
Ponieważ to są Stany Zjednoczone to gepardem nie będę bo żadne gepardy inne mi nie pomogą skoro mieszkają gdzieś w Afryce czy Amazonii czy w innej dżungli. Sokoły też tu często nie witają. Ostatnią opcją pozostał wilk. Przemieniłam się  w niego, stanęłam na wzgórzu i zawyłam najgłośniej jak się dało prosząc wszystkie wilki z okolicy aby pomogły mi ocalić obóz. Nagle z wszystkich stron świata zbiegło się chyba ze 100 albo i więcej wilków !!!
Przed szereg wyszedł największy z nich i przekazał mi że jako alfa i najstarszy w stadzie pomoże mi pokonać Askara bo jak to stwierdził : nienawidzi drania!
Tak więc całą watahą popędziliśmy w stronę mojego obozu który jak się okazało był w poważnych tarapatach. Stanęłam tuż przed rozgrywającą się bitwą i na cały głos zawyłam. Wilki rzuciły się do ataku a ja pognałam za nimi w poszukiwaniu mojego brata. Znalazłam go niedaleko bramy kiedy walczył z 5 szkieletami. Jako wilk podbiegłam do nich i każde pogryzłam tak że kościotrupy się rozpadły. Ethan leżał na ziemi i ocierał się ze krwi, spojrzał na mnie i spytał :
- Emily ?? To ty ? Czemu nie jesteś z resztą na smokach?
Przemieniłam się z powrotem w człowieka i powiedziałam do niego :
- Później ci wytłumaczę. Poprosiłam wilki żeby nam pomogły. Zajmą armię Askara a my za ten czas go zabijemy. Chodź ze mną !
Zakradliśmy się do rydwanu Askara licząc na to że on tam będzie. Niestety gdzieś zniknął. Szukaliśmy go po obozie zabijając po drodze potwory ale on po prostu wyparował. Zmierzaliśmy właśnie ku reszcie obozowiczów aby pomóc im w obronie gdy nagle przed nami pojawił się sam Askar. Był 2 razy większy i potężniejszy niż ostatni raz go widziałam. Stanęliśmy ramie w ramię w Ethanem gotowi go pokonać kiedy Askar spojrzał w niebo i w tym właśnie momencie nastąpiło zaćmienie słońca.

Askar spojrzał na nas czerwonymi płonącymi oczami i z grzmiącym głosem powiedział:
- AHHH JAK MIŁO BĘDZIE WIDZIEĆ JAK GINIE TEN OBÓZ I WY NIEDOSZLI HEROSI !!!
Chciałam posłać zatrutą strzałę w jego stronę ale on wystrzelił świetlny promień w moja stronę i odleciałam na parę metrów w tył. Kiedy się podniosłam widziałam jak Ethan walczy na miecze z nim i cóż przegrywa. W pewnym momencie Askar przelał złą moc w swoją broń i jednym uderzeniem połamał na pół miecz mojego brata. Roztrzaskał się na kawałki a Ethan upadł na ziemię. Gdy wstał zaczął dalej walczyć z Askarem tym razem za pomocą sztyletu. Niestety sztylet również został zniszczony. Askar dzięki swojej magii miotał Ethanem we wszystkie strony i rzucał nim o drzewa. Biedak z ledwością oddychał. Chciałam mu móc jakoś pomóc lecz niestety mój łuk również uległ zniszczeniu przy uderzeniu... Byłam bezradna. Patrzyłam na tą scenę z przerażeniem. Ethanowi został tylko pistolet. Resztkami sił podniósł się i kiedy Askar podszedł do mnie wycelował pistoletem w jego stronę. Wystrzelił kulę która z zawrotną prędkością popędziła i gdy miała już zabić Askara on swoją magią zatrzymał pocisk i odwrócił jego bieg. Puścił go i kula trafiła w nogę mojego brata. Zawył z bólu i upadł mocno krwawiąc, a ja ze wściekłością i łzami w oczach rzuciłam się na Askara !!! Chwyciłam moje zatrute strzały które jako jedyne ocalały, schowałam je pod kurtkę za pas i wskoczyłam mu na plecy. Zaczął mną miotać, a ja cały czas próbowałam go zabić. Udało mi się zranić mu jego oko po którym i tak biegła blizna. Askar warknął i odrzucił mnie za siebie. Upadłam twardą na ziemię i poczułam ból w kręgosłupie. Gdy chciałam się podnieść Askar chwycił mnie za gardło, uniósł wysoko i zaczął dusić. Czułam jak tracę dech. On za to śmiał się szyderczo, a z jego oka ciekła krew. Spojrzałam w jego piekielne oczy i wtedy zrobiłam ostateczny krok. Wyciągnęłam zza pasa strzałę z trucizną i wbiłam ją prosto w serce Askara. Trucizna natychmiast przedostała się do jego organizmu. Wypuścił mnie ze śmiercionośnego uścisku i zawył z bólu. Resztkami sił wydusił z siebie :
- Jak.. jak ... nie...ty nie możesz... mnie pokonać ... NIEEEE !!!!!!!!!
I rozpadł się w pył. Ja za to zaczęłam się krztusić, ale byłam szczęśliwa bo udało mi się go zgładzić ! Raz na zawsze! Zebrałam resztki swojego łuku i strzały które zostały i popędziłam do mojego brata. Był nieprzytomny, a wokół niego było pełno krwi. Przemieniłam się więc w geparda, ułożyłam go na moim grzebiecie i pędem pobiegłam do szpitala obozowego. On nie może umrzeć! To się nie może tak skończyć. !!!! Sen się nie spełnił bo Askar został pokonany, ale Ethan nie może... on nie może !!!! 
Biegłam wciąż ku szpitalowi z nadzieją że uda mi się go uratować. Nie pozwolę żeby umarł !!! Nie wtedy kiedy może nam się udać wygrać !


Od autorki
Kolejny rozdział zawitał a wraz z nim nowe pomysły na dalszy ciąg opowiadania. Nie mam zamiaru się tu rozpisywać bo to nie o to w tym chodzi. Serdecznie zapraszam do czytania i będę usatysfakcjonowana jeżeli zostawicie jakiś ślad po sobie np : komentarze i opinie na temat mojego bloga. :) A no i zapomniałabym... Z okazji zbliżających się Świąt Wielkanocnych chciałabym wam życzyć:
  Gdy nadejdzie Wielkanocny poranek
Niech spełnią się życzenia tęczowych pisanek...
Mazurków kajmakowych, bazi srebrzystych,
Bogatego zająca i kurczaczków puszystych.
Świątecznego nastroju, biesiady obfitej,
Lukrowego baranka, a w dyngusa - głowy wodą zmytej!

I na zakończenie też oczywiście nic innego jak muzyczka ;D