sobota, 11 kwietnia 2015

Rozdział 17

Po dotarciu do szpitala przemieniłam się w swoją ludzką postać i zaniosłam mojego brata do środka. Stacjonujący tam obozowicze natychmiast przybiegli mi z pomocą. Ethan wciąż był nieprzytomny a z jego nogi dalej ciekła strumieniami krew. Bałam się o niego ponieważ w każdej chwili mógł się wykrwawić. Położyliśmy go na łóżku, podaliśmy napój wzmacniający oraz zatamowaliśmy krwawienie, niestety to nic nie dawało, kula od pistoletu wciąż tkwiła w jego nodze. Postanowiłam więc działać. Przysiadłam obok jego rany, wzięłam ze sobą nożyczki lekarskie i długą  pęsetę i próbowałam normalną metodą wyciągnąć pocisk. Nie dało to dobrego efektu ponieważ kula ześlizgiwała się z pęsety. Wywaliłam więc sprzęt lekarski i postanowiłam działać swoim umiejętnościom. Skupiłam całą moc na tej ranie i pomału starałam się wyciągnąć kulę. Traciłam pomału siły ale nie poddawałam się. Owszem jeszcze nigdy tego nie robiłam ale wiedziałam że musi się udać. W końcu po 15 minutach wyciągnęłam pocisk i wyrzuciłam go. Ranę powstałą po postrzale obmyłam, zaszyłam i posmarowałam ziołową maścią. Po paru minutach zaczęła się goić. Odetchnęłam z ulgą. Ethan nie dawał znaku życia lecz czułam jego tętno. Wtedy spadł mi kamień z serca że on jednak żyje. Byłam przy nim jeszcze jakieś 10 minut lecz nie mogła tutaj tak cały czas siedzieć kiedy za zewnątrz wciąż dzieje się bitwa. Chwyciłam więc moje strzały i ruszyłam na pomoc. Widziałam mnóstwo obozowiczów dzielnie walczących z resztą potworów. Chyba armia Askara jeszcze nie wie że on nie żyje. Dziwne. Wzniosłam się wiec na szczyt wzgórza a pode mną rozgrywała się krwawa rzeź. Wzięłam głęboki oddech i krzyknęłam w stronę nieba : KONIEC TEGO !!!!!!!!
Bitwa ustała i wszystkie oczy skierowały się w moją stronę. Pokazałam na zaćmienie słońca które zaczęło się cofać i wrzasnęłam:
- WIDZICIE TO ?! TAK,ASKAR ZOSTAŁ POKONANY A WOJNA MA SIĘ NATYCHMIAST SKOŃCZYĆ ! POKONALIŚMY WAS POTWORY ! WRÓĆCIE DO SWOJEGO ŚWIATA I NIE POKAZUJCIE SIĘ TU ! TO KONIEC !
Potwory i inne stworzenia spojrzały na mnie ale chyba nie zrozumiały o co chodzi. Wkurzyły się jeszcze bardziej i powróciły do walki. Wtedy ja także nie wytrzymałam i rzuciłam się na potwory. Ponieważ mój łuk był w strzępach postanowiłam działać bez niego. Wszystkie strzały jakie mi zostały włożyłam do kołczanu i rzucałam nimi w potwory. Niektóre od razu po ostrzale padały inne walczyły resztkami sił. Udało mi się znaleźć moich przyjaciół i razem z nimi zabijałam te okropne stworzenia jeden po drugim. Matt patrzył na mnie z podziwem i ukradkiem się uśmiechał. Camill i Malia walczyły tak zaciekle że potwory bały się do nich zbliżyć. Najlepsza była właśnie Camill która jak oszalała krzyczała : GIŃCIE NĘDZNE KREATURY ! TO JA TU ŻĄDZE !!! HAHAHA
Ahh ta Camill zawsze taka bojowo nastawiona...
Udało nam się zlikwidować największe stwory tak że te mniejsze zaczęły się pomału wycofywać. Każde z nich wpadało pod ziemie i nie miało chęci wracać.
Nagle zza góry wyleciał mój smok Ruby. W pełni sił podpalił resztę uciekających potworów a one z piskiem uciekły do podziemia. Nie mogłam uwierzyć że Ruby jest cały i zdrowy. Podbiegłam do niego, przytuliłam się do jego szyi i powiedziałam :
- Ohh mały jak miło cię znowu widzieć. 
- Rarrrghhhh- odpowiedział 
Matt patrzył na naszą dwójkę ze smutkiem. Nie mógł pogodzić się ze stratą Feniksa.  
Kiedy wszystkie stwory uciekły i spokój zapanował na wzgórzu rozejrzałam się wokół obozu i zobaczyłam że większa część budynków jak i las płoną. Matt od razu się tym zajął. Zebrał wodę z pobliskiego jeziora i spowodował deszcz. Podeszłam do niego i namiętnie go pocałowałam. Ona momentalnie odpłynął. Kiedy przestałam go całować ona zamroczony zapytał :
- Czy to prawda Emily ? TO co mówiłaś ? Pokonałaś Askara ? Udało nam się ?
- Tak Matt naprawdę nam się udało- odpowiedziałam radośnie.
Zaczęliśmy się wszyscy radować. Nawet najpoważniejsza z nas Malia uśmiechnęła się i przytuliła nas. 
Podczas gdy myśmy się radowali reszta obozowiczów zabrała się za naprawę obozu po skutkach bitwy. Później my również dołączyliśmy się do nich. 
Zaćmienie się skończyło a przesilenie nastąpiło i świat wszedł w czas jesienno- zimowy.
Ogólnie nasz obóz nie ucierpiał zanadto. Owszem brama została zniszczona, niektóre domki obozowiczów spłonęły, a las został zniszczony, ale pomimo to natura sama zaczęła na nowo się odradzać. 
Kiedy udało nam się ugasić wszystkie pożary i ogarnąć ruiny obozowicze udali się do szpitala aby sprawdzić co z ich dowódcą. Ja poleciałam jako pierwsza bo jedyna wiedziałam co tak naprawdę stało się z moim bratem.
Wciąż leżał w szpitalu i nie dawał znaku życia. Jego stan się znacznie poprawił, teraz będzie musiał dużo czasu poświęcić na odpoczynek i regeneracje. 
Po czasie obozowicze rozeszli się do swoich domków a ja dalej byłam przy moim bracie. Czuwałam przy nim gdyby działo się coś. Co jakiś czas przychodził do mnie Matt. Siedzieliśmy razem wtuleni w siebie i opowiadaliśmy o dzisiejszym dniu. Matthew rozpaczał po stracie smoka, nie mógł pogodzić się ze stratą przyjaciela. Ja na jego miejscu również byłabym smutna aczkolwiek starałam się go pocieszyć i powtarzałam że Feniks zostanie w jego sercu i że był wspaniałym smokiem. Pomyślałam też żeby może Billy twórca naszych smoków stworzył jeszcze raz takiego samego smoka. Wtedy Matt miał by znowu przyjaciela.
Była godzina 19. Ciągle stacjonowałam w szpitalu obozowym przy Ethanie, lecz co jakiś czas przechadzałam się i sprawdzałam co u innych rannych obozowiczów. Kiedy wróciłam do Ethana zawitała Malia. Usiadła przy nim i czule go ucałowała w czoło szepcząc mu do ucha :,,wyzdrowiejesz, nie martw się,byłeś niesamowity wiesz?''
Podglądałam cały ten widok zza zasłony która znajdowała się przy łóżku jednego z rannych. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czyżby Malia i Ethan? Czy coś między nimi jest? 
Podeszłam po chwili do łóżka mojego brata mówiąc do Malii:
- Hej jak tam?
- O hej - zaskoczona szybko odeszła od Ethana i wyciągnęła dla mnie torbę z kolacją.
- Masz przyniosłam ci kolację 
- O dzięki ale nie jestem na razie głodna.
- To jak będziesz chciała to zjedz. Nie to nie ja już idę 
Kiedy Malia miała wyjść zatrzymałam ją i poprosiłam aby została razem ze mną i Ethanem. Przysiadłyśmy obok niego i nastąpiła chwilowa cisza którą przełamała Malia.
- On wyzdrowieje co nie ?
- Na moje lekarskie oko za dzień, dwa wyjdzie ze szpitala.
- To dobrze a czemu wciąż jest nieprzytomny?
- Jest w śpiączce... ale spokojnie to farmakologiczna śpiączka, nic mu się nie stanie a tak będzie lepiej żeby na razie nie wstawał ani nie przemęczał się.
- Rozumiem...
- Czyli teraz ty jesteś dowódcą ?
- Dopóki on nie wyzdrowieje to tak. A w ogóle jak to się wszystko stało ?
Opowiedziałam całą historię walki z Askarem Malii a ona z chwili na chwili robiła coraz większe oczy. Gdy skończyłam powiedziała tylko:
- Łał.....
- Tak wiem. Przyznam że nieźle się działo ale cieszę się że to koniec. Może nawet będę mogła wrócić do domu.
- No może... dobra ja już lecę. Muszę jeszcze pomóc innym i załatwić parę spraw w Twierdzy. Pa
Gdy Malia wyszła ja spędziłam jeszcze godzinę w szpitalu a później stwierdziłam że dobrze by było pójść i samej odetchnąć po tym dniu.
Wzięłam ze sobą kolację którą przyniosła mi Malia, pożegnałam Ethana i udałam się w stronę swojego domku. Po wejściu od razu poszłam do łazienki. Kiedy przeszłam obok lustra przeraziłam się na swój widok. Większość mojego ubrania była podpalona, buty miałam ubrudzone krwią,gdzie nie gdzie widoczne były blizny lub małe rany które nie zagoiły się same, moje włosy były lekko podpalone a twarz była ubrudzona sadzą i zaschniętą krwią. Moja ukochana broń została zniszczona a kurtka od taty w niektórych miejscach się potargała. Moje oczy migotały różnymi barwami i jak potem zauważyłam, parę bransoletek zniknęło z mojej ręki. Reasumując wyglądałam potwornie, a zmęczenie dodawało mi gorszego wyglądu. Zrzuciłam z siebie brudne ciuchy i wskoczyłam pod prysznic. Zmyłam z siebie całą krew i brud i od razu poczułam się lepiej. Po wyjściu z łazienki zrobiłam porządek z ciuchami i przebrałam się w luźną koszulkę i dres. Podpalone końcówki włosów ścięłam scyzorykiem a resztę dokładnie rozczesałam, spryskałam własnej roboty odżywką ziołową i splotłam w warkocz aby jeszcze bardziej mi się nie poplątały. Żałowałam że straciłam łuk i prawie wszystkie strzały. Został mi tylko brudny kołczan który przemyłam i odstawiłam do wyschnięcia. Kurtkę moro od taty przemyłam i zszyłam dziury. Gdy już wszystko uprzątnęłam walnęłam się na łóżko, okryłam cała kocem i zasnęłam wyczerpana ale szczęśliwa z zakończonej pomyślnie bitwy. Askar zginął,jego armia się poddała, nasz obóz jest wolny i bezpieczny i wreszcie mogę spokojnie odetchnąć. Najbardziej jednak cieszyłam się że mój koszmar który przyśnił mi się ostatniej nocy był tylko fikcją. Teraz mogliśmy już tylko świętować.


OD AUTORKI
 No....jest kolejny rozdział :) Mam nadzieje że się podoba i nie jest znowu tak źle ;P Nie będę się zaś rozpisywać tylko zachęcam wszystkich do czytania i obiecuje że kolejne rozdziały będę jeszcze dłuższe i jeszcze lepsze. Ja nie wiem jak wy ale u mnie jest cudna pogoda co bardzo mnie cieszy ^.^ Korzystajmy z tego bo nie wiadomo jak długo będzie tak ładnie. Pozdrawiam Aleks ;*

I tu oczyw9iście muzyka. Tym razem coś co doskonale pasuje do rozdziału: 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz