sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 11

Kiedy już myślałam że to koniec, że już dawno jestem martwa nagle odzyskałam świadomość. Udało mi się podnieść i zaczęłam rozglądać się wokół aby zlokalizować miejsce w którym się znajduje. Było tu strasznie zimno, mokro i ciemno- że tak to na szybko ujmę. Kiedy chciałam iść przed siebie uderzyłam czołem o coś twardego- była to szklana ściana. Po dłuższym rozejrzeniu się zrozumiałam że znajduje się w jakimś tunelu. Niestety mało co widziałam bo wciąż jeszcze byłam na wpół przytomna, a w dodatku nie posiadałam magii władania ogniem więc nie mogłam ani się ogrzać ani zobaczyć gdzie jestem. Moje ubrania były potargane, a łuk zaginął. Zaczęłam panikować bo nigdzie nie było wyjścia... wydawało mi się tylko że daleko nade mną jest jakiś szyb przez który mogłabym się wydostać. Chciałam to sprawdzić i spróbowałam przemienić się w sokoła. Przeszkodą jednak okazała się wielka metalowa kula przymocowana łańcuchem do mojej nogi. Nie potrafiłam się ani przemienić ani też tym bardziej rozwalić tego dziadostwa przymocowanego do mojej kostki. To coś ważyło chyba z tonę !!!
Usiadłam więc na lodowatej podłodze i zachciało mi się  płakać. Byłam w pułapce bez wyjścia. Nie potrafiłam nic zrobić żeby się stąd wydostać, a z chwili na chwilę czułam się coraz słabsza. Waliłam w te ściany z myślą że może to pęknie w końcu skoro jest ze szkła... jednak wszystko na nic ! Krzyczałam na cały głos, wołając o pomoc... też nic...
Nagle ni stąd ni zowąd z podłogi zaczęła wypływać woda!!!! Wtedy już zupełnie się rozkleiłam bo przypomniał mi się mój proroczy sen .... więc tak właśnie zginę ???? Utonę w jakimś durnym tunelu !!!!!
- Nie nie to się nie może tak skończyć !!!!- powiedziałam do siebie
Próbowałam się skupić aby móc zatrzymać czas, aby móc cokolwiek wymyślić... niestety nie potrafiłam tego zrobić. Woda zaczęła coraz szybciej się zbierać i sięgała mi już do bioder....
Po wielu nie udanych próbach ratowania się zrozumiałam że nic więcej nie zdziałam. Askar wygrał... tylko to teraz krążyło mi w myślach... 
Wody było coraz więcej a ja zdecydowałam się poddać.Czekałam tylko gdy już znajdę się pod wodą i utonę...cały czas myślałam o przyjaciołach, rodzinie. Ethan nie wybaczy sobie tego że ja zginę.
Resztką sił jaka mi została nabrałam powietrza do płuc i chwilę potem byłam już cała zanurzona. Patrzyłam przez wodę i nie powiem bałam się tego co mnie spotka po drugiej stronie. Może będzie lepiej? W końcu poczułam jak odpływam... moje ciało zaczęło upadać ku dnie a do płuc zamiast powietrza dostała się woda... zamknęłam oczy, wypuściłam resztkę powietrza i poddałam się...
Nagle nade mną pojawiło się światło..rażący błysk światła oświetlił całą  ,,studnię'' i coś ciężkiego wpadło gwałtownie do wody. Wyczułam to.. była to jakaś osoba. Ten ktoś podpłynął bliżej i objął mnie. Po chwili okazało się że woda opada...wtedy zrozumiałam  że to Matt się pojawił aby mnie uratować. Nie byłam świadoma do końca co się dzieje, ale czułam jego obecność obok siebie. Matt  magią odprowadził wodę, a mnie położył na swoich nogach.
- Hej ludzie pomóżcie mi !!!! Ona nie oddycha!!!! Szybko ruszajcie się - krzyknął w stronę skąd się pojawił i zaraz obok niego zjawili się mój brat oraz Camill i Malia.
Ethan uwolnił moją skaleczoną nogę od ciężkiej kuli i łańcuchów dzięki swojej nadludzkiej sile i wszyscy razem wyciągnęli mnie ze studni.
Matt ułożył mnie na ziemi i zaczął płakać. 
- Zróbcie coś dziewczyny !!!!!! Emily nie zdrowieje, to ją osłabiło musicie ją uratować- wrzeszczał na nie i próbował mnie obudzić.
Camil i Malia podeszły bliżej i obie postanowiły użyć swojej magii aby mnie uratować. Przyłożyły dłonie do mojego bladego, zimnego i bezwładnego ciała po czym zaczęły mruczeć coś pod nosem. Ethan za ten czas rozwalał wszystko co było wokół niego i krzyczał do siebie: ONA MUSI PRZEŻYĆ !!! TO NIE MOŻE SIĘ TAK ZAKOŃCZYĆ !!! CO JA NAROBIŁEM !!! 
Kiedy dziewczyny skończyły wypowiadać zaklęcie wszyscy się ode mnie odsunęli, a ja otworzyłam oczy i zaczęłam krztusić się resztą wody w płucach. Spojrzałam na nich a oni odetchnęli z ulgą widząc mnie żywą.
Matt natychmiast podbiegł do mnie i mocno mnie przytulił. Pomógł mi wstać a ja zapytałam:
- Co się stało? Czy ja umarłam?
- Nie Emily, wszystko już jest w porządku- odpowiedział troskliwie Matt
- Jak dobrze że żyjesz siostrzyczko... cholernie się o ciebie bałem
- Ale co z Askarem on... on chciał nas zabić
- Na szczęście w czas zjawiła się nasza ekipa..udało nam się uciec z podziemi i zaczęliśmy ciebie szukać. Camill cię ,,wyczuła'' dzięki twojemu strachowi. I dzięki Bogu że zdążyliśmy na czas- odpowiedział Ethan
- No nieźle nam napędziłaś strachu moja droga- odpowiedziała Camill
- Dobra już skończmy gadać tylko zmywajmy się stąd... mam dość tego miejsca- odpowiedziała Malia

 Za pomocą naszych gwizdków które otrzymaliśmy od Billego udało nam się wezwać smoki i chwilę potem byliśmy już w drodze do obozu nowojorskiego. Przez całą drogę nie odzywałam się do nikogo. Otulona kocem i wtulona w grzbiet Rubiego czułam się już bezpiecznie. Wciąż przed oczami miałam to miejsce gdzie prawie bym zginęła... wciąż czułam jak tonę i jak woda napełnia moje ciało.. przez to cały czas się trzęsłam. Ethan uratował mój łuk co było dobrą wiadomością, lecz co mi po tym gdy cała nasza misja poszła na marne... nic się nie udało.

  Po 2 godzinach byliśmy w obozie naszych przyjaciół a oni natychmiast do nas przybiegli. Przed szereg wyszli dowodzący obozem. Każdy z nich ucieszył się że jesteśmy cali... nie chcieliśmy im opowiadać wszystkiego co tam się wydarzyło, więc poinformowaliśmy ich tylko o spotkaniu w Askarem. Wszyscy przez cały czas patrzyli na mnie. Czułam się zakłopotana dlatego natychmiast uciekłam od nich do swojego namiotu. Dziewczyny pobiegły za mną, a w tym czasie Ethan i Matt rozmawiali z jedną z przywódczyń- Rebeccą. 
- Ethanie wydaje mi się że na ten czas to koniec waszej misji. Jesteśmy wam dozgonnie wdzięczni za pomoc podczas ataku i po nim. Wiem że tęsknicie za waszym obozem dlatego lepiej jakbyście wrócili do domu. Resztą musimy my się zająć. Askar na pewno na razie nas nie zaatakuje lecz musimy być gotowi gdy nastąpi przesilenie.
- Masz 100 % racje Rebecco. Jeszcze dziś w nocy wyruszymy w podróż powrotną. Wiem że zawaliliśmy bo zamiast coś zrobić tylko sytuacja się pogorszyła.
- Nie przejmuj się tym... idźcie odpocząć przed wyjazdem... przyda wam się chwila odetchnienia. Emily na pewno się poprawi.. jest silną dziewczyną
- Wiem to a mimo to martwię się o nią..- odpowiedział spuszczając głowę

 Resztę tego przeklętego dnia spędziłam we własnym namiocie...leczyłam swoje obolałe ciało i pakowałam się na drogę powrotną. To była moja 1 misja i już taka porażka... nie mogłam w to wszystko uwierzyć..byłam taka wściekła!
Około 20 przyszedł do mnie Matt. Odwróciłam się do niego a on przyniósł mi gorącą czekoladę i usiadł obok mnie.
- Wypij chociaż trochę... nic dzisiaj nie piłaś ani nie jadłaś.
Upiłam 3 łyki po czym spojrzałam na niego, a on powiedział:
- Wiem że dzisiejszy dzień musiał być dla ciebie okropny. Rozumiem cię ale nie powinnaś być smutna. Życie toczy się dalej. Czasem zdarzają się porażki ale zawsze po nich muszą być jakieś sukcesy.
- Naprawdę tak twierdzisz...?- spytałam niedowierzając
- No tak...- odpowiedział po czym dodał- a teraz nie gadaj tylko pij dużo. 
Objął mnie czule a ja czułam się taka spokojna i szczęśliwa w jego ramionach.
Kiedy już wypiłam do dna całą czekoladę Matt wziął pusty kubek wstał i powiedział na koniec:
-  A teraz dobrze się wyśpij po północy ruszamy do obozu... Miłych snów mała
- Matt...
- Słucham...
- Dziękuje ci za wsparcie... jesteś wspaniały...
Lekko speszony Matthew nie odpowiedział nic tylko szeroko się do mnie uśmiechnął i wyszedł z namiotu. Ja za to położyłam się, wtuliłam w koc i poduszkę i zasnęłam z myślą że jutro będę już w domu... daleko stąd... 


 OD AUTORKI
Jest oto i 11 rozdział. Z tym rozdziałem miałam niezły problem ponieważ miałam go już dawno ukończony gdyby nie fakt że został przez przypadek usunięty i musiałam na nowo go pisać i wymyślać. Ale ciesze się że go napisałam ponownie bo czuje że jest lepszy niż ten pierwszy :) Liczę bardzo na wasze opinie na temat tego rozdziału jak i całego bloga. Serdecznie pozdrawiam i lecę pisać dalsze rozdziały :***






czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 25

Tak w skrócie... Reszta grudnia minęła naszemu obozowi wystrzałowo bo odbyła się u nas wielka impreza sylwestrowa. Każdy z nas ubrał się w migoczące sukienki i garnitury, kupiliśmy na mieście dużo alkoholu i napojów gazowanych a nasi obozowi kucharze przyrządzili świetne przekąski. Paru obozowiczów załatwiło nawet telewizję i mogliśmy oglądać Sylwestra z Time Square. Gdy wybiła północ każdy składał każdemu życzenia i otwarto szampany. Matt pierwszą rzeczą jaką zrobił po północy to namiętnie mnie pocałował i powiedział:
- Szczęśliwego Nowego Roku księżniczko
- I nawzajem mój rycerzu- odpowiedziałam i odwzajemniłam pocałunek
Bracia Stewart przygotowali mnóstwo fajerwerków i zorganizowali rewelacyjny pokaz. Ten dzień był naprawdę genialny. Oczywiście następnego dnia w naszym obozie ogłoszono Dzień Kaca po sylwestrowego. Co drugi obozowicz został na cały dzień w domu i zmagał się z bólem głowy, a ja chodziłam od domu do domu i podawałam koktajl na zwalczenie kaca. To również był ciekawy dzień...

***

Cały styczeń za to przeleciał bardzo szybko i przez ten miesiąc niewiele się działo. Każdy obozowicz zajmował się swoimi sprawami, nasz obóz coraz lepiej się rozwijał i tak ogółem mówiąc było miło i spokojnie. Gdy nastał luty, śnieg pomału zaczynał topnieć, a wszyscy nie mogli doczekać się tylko tego jednego  wyjątkowego dnia w tym miesiącu - Walentynek.
Tego dnia obudziło mnie dość wcześnie pukanie do drzwi. Gdy je otwarłam stanął w nich elegancko ubrany w marynarkę i dżinsy Matt z bukietem róż. Uśmiechnął się do mnie szeroko i powiedział :
- Cześć kochanie. Ubieraj się szybko bo czeka cię dziś mnóstwo atrakcji
- Ale przecież dzisiaj są tylko Walentynki 
- Tylko ? Weź przestań ! Szybko masz 15 minut. Będę czekał na ciebie przed domem
Podał mi piękne kwiaty i wyszedł. Ja znalazłam jakiś stary zakurzony wazon, nalałam do niego wody i włożyłam do niego kwiaty. Były naprawdę cudne bo przez dłuższą chwilę nie umiałam oderwać od nich wzroku. Chwile potem przypomniały mi się słowa Matta i wróciłam do ubierania się. Na ten dzień wybrałam : czerwone rurki, beżowy sweter, szal, podkoszulek, trampki i oczywiście kurtkę taty. Nigdzie się bez niej nie ruszam. Włosy pozostawiłam rozpuszczone i po wizycie w łazience i umalowaniu się delikatnie wreszcie byłam gotowa. Wzięłam tylko do ręki muffinke którą dostałam dzień wcześniej od Malii i w przed wyjściem ze smakiem ją zjadłam. Matt tak jak powiedział czekał na mnie przed domkiem. Siedział cicho na schodach i nucił sobie jakąś piosenkę. Podeszłam do niego, objęłam go w pasie i ucałowałam.
- No to gdzie chcesz mnie zabrać ?
- Oj zobaczysz- odpowiedział po czym mrugnął do mnie okiem
Najpierw Matt udał się razem ze mną po transport do Jamesa. James ponieważ jest mechanikiem i obozowym inżynierem skonstruował niedawno genialny motocykl. Matt poprosił go więc o wypożyczenie go na ten dzień a że James jest jego wiernym przyjacielem zgodził się mu go pożyczyć. Podał nam oboje kaski i poprosił na słówko Matta. Nie że podsłuchiwałam ale i tak usłyszałam o czym gadają :
- Miłej randki stary tylko pamiętaj jak go chociaż zarysujesz to masz prze....
- Przechlapane chciałeś powiedzieć tak ? Nie martw się zadbam i o moją ukochaną i o twój motocykl
- Dziękuje to powodzenia
Chłopaki pożegnali się a chwilę później jechałam razem z Mattem do nietypowego miejsca. Cały czas w myślach krążyły mi różne scenariusze. Co on mógł wymyśleć ?
Po prawie godzinnej jeździe podjechaliśmy pod miejsce którego nigdy bym się nie spodziewała aczkolwiek bardzo mi się to spodobało. Matt zabrał mnie do Wesołego Miasteczka. Wykupiliśmy karnet na parę atrakcji i zabraliśmy się do zabawy. Najpierw byliśmy na dosyć sporej karuzeli, później zwiedziliśmy dom strachów ( który jakoś nie zbyt mnie wystraszył ) a potem odwiedziliśmy przeróżne pomniejsze miejsca. Matthew nawet wygrał dla mnie ogromnego misia ( co z tego że trochę oszukiwał, odrobina wody nikomu nie zaszkodzi). Później zjedliśmy parę łakoci m.in. kolby kukurydzy, watę cukrową i corndogi. Miałam tam mnóstwo frajdy ponieważ ostatni raz  byłam w taki miejscu z jakieś 9 lat temu razem z rodziną. Nie przypuszczałabym że będąc nastolatką równie dobrze mogę się tu świetnie bawić tak samo gdy miałam 8 lat. Później odwiedziliśmy jeszcze parę innych dzikich karuzel. Matt nawet porobił mi przy tym mnóstwo naprawdę zabawnych zdjęć. Na samym końcu kiedy już oboje mieliśmy dość szybko działających szalonych maszyn rozrywkowych udaliśmy się na diabelski młyn. Pomimo iż w dzieciństwie panicznie bałam się wejścia na tą konstrukcję teraz gdy stałam się inną osobą z chęcią weszłam do środka ,,gondoli''. Matt usiadł obok, objął mnie ramieniem i wyszeptał do ucha:
- Najpiękniejszy widok będzie na górze, chociaż piękno widzę tuż obok siebie
Popatrzył mi w oczy i pocałował mnie. Chwilę potem młyn ruszył. Po chwili znaleźliśmy się na górze. Matt miał rację z góry widać było całe miasteczko oraz okolice wokół. Pomimo zimna jakie jeszcze panowało w powietrzu nie czułam tego. Czułam spełnienie i radość. Na diabelskim młynie spędziliśmy 15 minut kręcąc się wkoło. Po przejażdżce Matt stwierdził że już nam tego wystarczy. Chwycił moją rękę i wróciliśmy na parking gdzie stał motor. Ponownie na niego wsiedliśmy tym razem w 3 ( ja, on i ten miś) i wyruszyliśmy w dalszą część naszej walentynkowej podróży...
Ponieważ zbliżała się pora obiadu Matt zabrał mnie do małej aczkolwiek bardzo efektownej restauracji.Wspólnie zamówiliśmy dużą porcję spaghetti i colę. Na początku trochę nieswojo się tu czułam. Wokół mnie siedziało mnóstwo ludzi bardziej eleganckiego pokroju, a ja ? Zwykła ( no dobra nie do końca ) nastolatka ubrana w rurki i sweter. Matt powtarzał mi co chwilę żebym się tym mnie przejmowała i podał mi na widelcu trochę makaronu. Nie dość że dużo się przy jedzeniu uśmialiśmy to jeszcze Matt pobrudził sobie sosem marynarkę. Lekko wkurzony ściągnął ją i zarzucił na krzesło. No teraz przynajmniej wyglądał jak ja. Jak nastolatek.
Po obiedzie Matt przyszykował dla mnie kolejne niespodzianki. Pojechaliśmy do kina na komedię romantyczną. Nigdy bym się nie spodziewała po nim że wybierze taki rodzaj filmu. Odkąd go poznałam wiedziałam że woli filmy fantasy albo jakiś dobry thriller. Może zrobił to specjalnie dla mnie ? Słodziak.
Film trwał jakieś półtorej godziny. Podczas niego dużo się całowaliśmy i podjadaliśmy popcorn. Po filmie okazało się że jest już 17. Poprosiłam Matta żebyśmy już wrócili ale on miał jeszcze jeden, ostatni prezent dla mnie...
Wsiedliśmy ponownie na motocykl Jamesa i odjechaliśmy.
Godzinę później Matt zatrzymał się nad pięknym jeziorem w jednym z najpiękniejszych parków w naszym stanie. Usiedliśmy na ,,plaży'' przed jeziorem a słońce zaczęło zachodzić. Zimny wiatr przewiewał moje ciało które zaczęło drgać pomimo tego iż byłam dość grubo ubrana. Matt zaproponował rozpalenie ogniska. Pozbierał parę drewienek wykopał dół w piasku, wrzucił drewienko, ułożył palenisko i za pomocą zapalniczki i podpalacza rozpalił niewielkie, aczkolwiek dające miłe ciepło ognisko. Usiedliśmy oboje na kocu tuż obok płomieni, Matt przyciągnął mnie do siebie, ucałował w czoło i powiedział :
- Piękny koniec dnia
Nie odpowiedziałam bo zachciało mi się płakać. Wpatrywałam się w księżyc odbijający się w tafli wody, a z oczu leciały mi łzy. Matt zauważył to i bardzo się zaniepokoił. Spojrzał w moje zapłakane i zaczerwienione oczy i spytał :
- Emily czemu płaczesz ?
- Bo.... jestem idiotką. Ty przygotowałeś tyle cudownych rzeczy dla mnie, zaplanowałeś ten dzień idealnie a ja nawet nie kupiłam ci nic. Nic nie zrobiłam
- Przestań. To nie jest dla mnie ważne. Cieszę się z tego że robię to dla ciebie. To dzięki tobie jestem szczęśliwy. Nie musisz robić nic wielkiego, wystarczy że będziesz. 
- Ja.....- zatkało mnie - dziękuje ci, za wszystko. Kocham cię Matt
- Kocham cię Emily
Wtuliłam się w jego ciało i oboje wpatrywaliśmy się w piękno tego co nas otacza, a przyjemne ciepło ogniska dodatkowo pozwalało nam zapomnieć o tym że jest luty. Nie mogłam wyrazić jak szczęśliwa byłam w tej chwili...
Około 20 zgasiliśmy bezpiecznie ognisko, wsiedliśmy na motocykl i odjechaliśmy w stronę naszego obozu... W czasie drogi czułam się trochę zmęczona, a jazda jeszcze bardziej mnie usypiała. Objęłam więc Matta w pasie żeby być bezpieczną i odpłynęłam w sen.....
Godzinę później wróciliśmy do obozu. Ponieważ ja wciąż spałam Matt wziął mnie delikatnie na ręce jak pannę młodą i zaniósł do domku. Położył mnie na łóżku, okrył kocem, pod rękę wsunął misia którego dostałam od niego i po cichu wyszedł szepcząc mi tylko na koniec do ucha:
- Dziękuje za dzisiaj. Miłych snów Emily. Kocham cię
I wyszedł. A ja tym czasem wtuliłam się do misia i wspominałam wszystko to co dzisiaj przeżyłam. Później już zasnęłam słodkim snem. 





OD AUTORKI

Cześć czołem moi mili. Mamy piąteczek. NARESZCIE! A za niedługo święta więc nic tylko się cieszyć. Przesyłam wam 25 rozdział i mam nadzieje, że nie ma tragedii. Wiem pewnie jest mnóstwo błędów ale pracuje nad tym. No to nie przeszkadzam i zapraszam do czytania ^^ Aleks

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 10



Gdy odzyskałam przytomność moim oczom ukazało się nieprzyjemne miejsce.
Znajdowałam się w jakieś jaskini. Pierwsze oznaki wskazujące na to, to ciemność i wilgotność. Z sufitu zwisały niebezpiecznie ostre stalagmity, a wokół unosiła się mgła. Mało widziałam ale zorientowałam się że to jakiś podziemny tunel. 


Podniosłam się i chciałam zacząć panikować, jednak powiedziałam sobie: Przestań Emily ! Pomyśl jak swój brat…’’
Uspokoiłam się i najpierw spróbowałam ocenić sytuacje. 

A więc jestem tu, sama ale cała, nic mi nie jest, tego stwora co goniłam nigdzie nie ma i nie mam zamiary tutaj dłużej zostać !!!


Wstałam chwiejąc się na nogach. Rozejrzałam się za jakimś przejściem i zauważyłam że jaskinia ciągnie się wzdłuż miejsca gdzie stoję. Z daleka widać było jak migały światła różnej barwy. Postanowiłam więc pójść tą drogą…

Szłam już dłuższy kawał czasu ale zachowywałam ostrożność na wypadek gdyby coś się wydarzyło. Strzałę miałam na wszelki wypadek gotową do wystrzału.

Wciąż podążałam jedyną drogą, która wydawała mi się coraz to bardziej schodzić w dół. Moje tętno z chwili na chwile stawało się coraz większe. Czułam jak mocno bije mi serce.

W oddali zobaczyłam jakieś przejście. Podeszłam i zobaczyłam ogromne, ciężkie drzwi z różnymi rysunkami. Większość z nich  przedstawiała sceny śmierci...
Wtedy usłyszałam głos... ale to nie był normalny głos.. brzmiał bardzo nienaturalnie. 
- Powiadasz że ta dziewczyna tu jest ???
- TSSAAKK MÓJ PANIEEEE
- No cóż poczekamy, zobaczymy
Aż dostałam gęsiej skórki. Przypomniało mi się że jeden z tych głosów słyszałam w moim śnie... to był głos samego Askara!
Chciałam gdzieś się schować, uciec albo po prostu stąd zniknąć, ale żadna z moich mocy tego nie potrafiła uczynić...
W tym momencie zrozumiałam że źle zrobiłam wskakując w ten portal. Nie byłam gotowa na to aby stawić czoła najgroźniejszemu wrogowi moich przyjaciół i całego obozu. Po prostu tego nie potrafiłam...
Lecz może ja nie przez przypadek się tu znalazłam? Może coś chciało abym tu była ...
Hmm... zastanowiłam się nad tym poważnie, wzięłam głęboki oddech i otwarłam drzwi... 

Znalazłam się w głównej sali tronowej. Zimne powietrze przeleciało przez moje ciało i stojąc jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w miejsce które wyglądało jak z najgorszego horroru. Nie umiem tego wszystkiego dokładnie opisać. To nie jest teraz ważne. Po dokładnym rozejrzeniu się, okazało się że jak na razie jestem tu tylko ja. Stwierdziłam,  że dopóki mam taką możliwość szybko się schowam. Ukryłam się, więc za jedną z rzeźb.Postanowiłam zostać tu tak długo i dowiedzieć się wszystkiego co będzie chodź trochę ważne, aby móc pokonać Askara.
Siedziałam długo bez ruchu i tylko nasłuchiwałam się jak różne potwory przechodziły co jakiś czas i pomrukiwały coś pod nosem. 
Chwilę potem usłyszałam że Askar tu jest. Pomału wychyliłam się aby go zobaczyć.
Na początku sądziłam że Askar jest potężnym, brodatym wojownikiem. Okazało się inaczej. Askar był wysokim mężczyzną, całe jego ciało pokrywały dziwne symbole, miał długie, jasne, wręcz białe włosy, na twarzy miał pełno szpecących blizn, a ubrany był w zbroje, oraz płaszcz z kapturem który w połowie zakrywał jego twarz. Najgorsze były jego oczy... raz płonęły żywym ogniem, a raz były pustymi, białymi oczodołami... Trzymał w ręku berło a jego jedna ręka prawdopodobnie była mechaniczna. Biło od niego potężną, złą energią, a sam wydawał się być panem śmierci...

Usiadł na swoim tronie, a u jego boku pojawiły się dwa potwory swoim wyglądem przypominające psy. ( Nie to raczej nie były zwykłe psy ! )


Po chwili wstał i rzekł:
- Wpuście go!
Do sali wszedł mój brat Ethan, a ja powstrzymałam się od pisku. Co on tu do cholery robi?? Na tym ma polegać jego plan- pójście na pewną śmierć ?? - pomyślałam widząc Ethana idącego powoli w stronę Askara. 
Już chciałam wyjść z ukrycia i pobiec w jego stronę, gdy Askar rzekł:
- No, no, no Ethan... miło się widzieć chłopcze... co cię tu sprowadza ?
Uśmiechnął się szyderczo i spojrzał prosto w jego oczy.
- Witaj Askarze, nie przybyłem tu po to aby z tobą walczyć... chciałbym z tobą porozmawiać
- A zatem usiądź proszę i pogadajmy
Przed Ethanem pojawiło się krzesło, lecz on na nie nie usiadł.
- Wole postać- odpowiedział poważnie
- Skoro tak słucham... co chcesz mi powiedzieć?
- Chcę tylko zakończyć tą wojnę Askarze ! Nie rozumiesz ? To do niczego nie prowadzi... ty nie jesteś taki...
- Oj mylisz się mój drogi... od zawsze każdy miał mnie za nieudacznika, zawsze byłem tym najgorszym, nikt mnie nie szanował, a teraz kiedy posiadam ogromną moc  nie pozwolę na to aby ktoś taki jak ty albo jakakolwiek nadprzyrodzona istota miała mnie powstrzymać przed zemstą !
- Ale Askarze przecież myśmy ci nic nie zrobili!- krzyknął mój brat tak głośno że część sali zatrzęsła się

 Psy Askara podniosły się i zaczęły groźno warczeć.
- Wy jesteście inni... nie należycie do tego świata. Moim zadaniem jest was zniszczyć! 
Mój brat w końcu nie wytrzymał i wydarł się na Askara
- NIGDY ci na to nie pozwolę! To ty jesteś zakałą tego świata! Ty powodujesz śmierć i zniszczenie. Od wieków próbujesz zlikwidować nas, ale zawsze znajdzie się ktoś kto cię pokona.
- Śmiesz mnie obrażać??!! Cóż miałem pokoje zamiary wobec ciebie, ale chyba jednak zmienię zdanie.... BRAĆ GO !!!- wrzasnął Askar do swoich psów
I w tym momencie  wyskoczyłam zza rzeźby i przemieniając się w wilka pobiegłam pomóc mojemu bratu. Stanęłam pomiędzy nim, a potwornymi psami.  
Psy zatrzymały się na mój widok i zaczęły się cofać. Byłam tak zła że moja wilcza postać pokazała im kto tu jest Alfą. 
- Emily ? - powiedział mój brat - co ty tu robisz?!
Zmieniłam się w człowieka i spojrzałam na niego.
- Nie pozwolę cię zabić!
- Czyżby to ta niesamowita dziewczyna o której krążą plotki że to niby ona ma mnie powstrzymać!?- zapytał Askar zaszokowany moim pojawieniem się.
- Tak Askarze to ja Emily Hudson- powiedziałam poważnie
- Jakie to cudowne.... nie dość że pozbędę się jednego wkurzającego nastolatka to jeszcze będę mógł zgładzić dziewczynę która niby ma ocalić wasz świat! Hahahaha wspaniale !!!!!
- Pomarz sobie !!!!
- Oh Ethanie jaką ty masz odważną siostrę, szkoda że jest ona taka naiwna! Teraz każdy z was będzie patrzeć na śmierć drugiego !!!!!
Askar uniósł swoje berło i rzucił nim w stronę Ethana. Berło zamieniło się w miecz! 
W ułamku sekundy wycelowałam strzałę w lecący miecz i udało mi się ją odbić zanim trafiłaby w mojego brata. Askar krzyknął w gniewu i za pomocą swojej czarnej magii wezwał szkieletowych wojowników. Stanęłam ramię w ramię z moim bratem i oboje ruszyliśmy do walki. Ethan swoją nadzwyczajną siłą podrzucił mnie a ja zamieniając się w wilka zabiłam 3 szkielety. Później on walczył z dwoma z nich na miecze a ja zabijałam resztę strzelając z łuku. Askar patrzył na nas z podziwem...
Po pokonaniu wszystkich potwornych wojowników Askar zaczął klaskać.
- No... całkiem nieźle- oznajmił kpiąc przy tym z nas. Jego sarkazm czuć było na kilometry.
Dalej klaskał a my byliśmy gotowi do ataku. Już chciałam go dorwać gdy jego dłonie zrobiły się czarne i ostatni raz zaklaskał tylko że potrójnie.
Przez chwile nic się nie działo gdy nagle zobaczyłam że sufit roztrzaskał się na pół i jeden jego kawałek zaczął spadać ku mojemu bratu.
 On nic nie zauważył, ale ja postanowiłam zareagować!
- ETHAN UWAŻAJ !!!- krzyknęłam po czym przemieniłam się w  geparda i pobiegłam w jego stronę. 
Na ostatnią chwilę odepchnęłam go z miejsca gdzie stał, a sama wróciłam do swojej postaci czekając na śmierć. Zamknęłam oczy i przez ten moment całe moje życie przeleciało mi przede mną. I w tym momencie podłoga pode mną się zapadła, a ja wpadłam w tunel...
- EMILY!!!....- usłyszałam z oddali głos mojego brata
- HAHAHAHAHAHA a nie mówiłem Ethanie, czas bohaterów się zakończył...


 Od autorki 
 
To już 10 rozdział :D Hahaha mam nadzieje że wam się podoba i że dalej chcecie abym pisała te opowiadanie. Tak naprawdę jeszcze do tej pory nie powiedziałam wam skąd wzięłam pomysł na to. Otóż jestem ogromną fanką fantasy i książek takich jak : Percy Jackson, Igrzyska śmierci, Niezgodna, Harry Potter, Hobbit, Więzień labiryntu itp.. tak więc to dzięki tym książką wymyśliłam to opowiadanie i wzorując się na nich tworze ,, Not this world''. Są one dla mnie wielką inspiracją i podziwiam ich twórców za ogromną wyobraźnie i talent do pisania. 
Dobra nie będę się już więcej rozpisywać. Życzę miłego czytania a i jeżeli ktoś z was ma już ferie zimowe to życzę także miłego odpoczynku ;)

Do tego rozdziału przygotowałam coś specjalnego. Kto z was lubi Imagine Dragons ??? Oto coś dla fanów idealnie do rozdziału :



piątek, 9 stycznia 2015

Rozdział 9



Tej nocy sen który przeżyłam był naprawdę podejrzany. Pierwszą rzeczą jaka mnie zadziwiła było to że bardzo mało widziałam to co mi się śniło. Wydawało mi się iż byłam w jakimś tunelu, ciemnym, lecz ściany były chyba ze szkła. U nogi przykute miałam jakieś żelastwo które były ciężkie jak cholera. Nagle w tunelu zaczęła zbierać się woda lub jakiś podobny płyn. Próbowałam się wydostać, ale nie mogłam. Chwilę potem tonęłam już cała zanurzona.  Wtedy się obudziłam…
- No to było serio porąbane- powiedziałam sama do siebie
Chwilę leżałam na łóżku myśląc nad tym snem. Wstałam i wyciągnęłam z torby mój telefon- 8.30 – trza by było się już przyszykować na ten dzień.
Szybko ubrałam się w ciuchy które wzięłam ze sobą.  Ogarnęłam swoją twarz i włosy, poukładałam w swoim namiocie, a potem wyszłam na zewnątrz żeby zobaczyć co dzisiaj trzeba będzie zrobić.
Nieopodal mojego namiotu zauważyłam Matta pomagającego nosić broń. Podbiegłam do niego i się przywitałam.
- Wyspałaś się ?
- Powiedzmy… pomóc ci ??
- Nie właśnie z chłopakami przenosimy broń to nowego pomieszczenia składowego. Idź zobacz może Malia albo Camill cię będą potrzebować.
- Ok.
Uśmiechnęłam się do niego a on nie odrywał ode mnie wzroku. Poszłam więc poszukać dziewczyn.
Malie znalazłam przy ruinach jednego budynku. Wyciągała z niego rzeczy które jeszcze mogą się nadać.
- Hej- powiedziałam
- O hej – odpowiedziała radośnie na mój widok
- Mogę ci coś pomóc ???
- Wiesz już kończę ale może weźmiesz tą skrzynie i zaniesiesz do tamtego namiotu ?
- Jasne
Podniosłam skrzynkę z rzeczami ocalałymi po wczorajszym ataku i skierowałam się do wielkiego, pomarańczowo- szarego namiotu.
Oddałam je w dobre ręce i poszłam dalej tym razem poszukać Camill i zobaczyć co robi.
Zauważyłam ją przy jakieś dziwnej maszynie. Wyglądała jak jakaś proca albo coś podobnego.
- Hej co robisz ?
- Pomagam w naprawie tego olbrzyma.  Nudziło mi się, a na razie nie ma gdzie sobie poćwiczyć walkę , więc zadeklarowałam się jako pomoc przy naprawie maszyn.
- To fajnie… jak coś to też mogę coś pomóc.
- Nie nie trzeba, idź lepiej do szpitala.. tam będą cię potrzebować.
- No właśnie.. dzięki Camill
Natychmiast poszłam do namiotu szpitalnego. Było tutaj jeszcze paru rannych albo chorych których mogłam uzdrowić. Zebrałam potrzebne leki i zabrałam się do pracy.
Prawie każdy pacjent miał inne rany. Niektórzy mieli połamane kości, inni wstrząs mózgu, a jeszcze inni byli poranieni od różnych broni.
Każdemu starałam się jak najlepiej pomóc. Po jakiś 2-3 godzinach stwierdziłam iż wszyscy są uzdrowieni i nie ma powodu żebym tu dłużej siedziała. Opuściłam  więc to miejsce, mówiąc do pielęgniarek obozowych aby pacjenci teraz odpoczywali.
Chodząc potem jeszcze po obozie natknęłam się na mojego brata.
- Hej Emily- powiedział
- Hej bracie i jak? Jakie są dalsze plany działania ?
- Cóż pomożemy temu obozowi w odnowie i wrócimy do naszego. Na razie będziemy musieli się tylko bronić a nie atakować aby móc jak najlepiej przygotować się na najbliższe starcie. Wy najprawdopodobniej już dzisiaj wrócicie do domu. Ja tu muszę jeszcze zostać…
- A niby czemu ???
- Mam jakby pewne zadanie do wykonania…
-  Ethan o co ci chodzi ??
- Nic Emily. Jestem naszym przywódcą i muszę coś  jeszcze zrobić. Idź potem się spotkamy.
- Nigdzie nie pójdę dopóki mi nie powiesz co kombinujesz !
- Oj przestań. Masz zamiar się  ze mną droczyć tak jak w dzieciństwie ?
- A żebyś wiedział
- Ehh.. dobra no to spójrz tam…
Wskazał palcem na jedne z drzew, spojrzałam tam ale nie zauważyłam niczego co miało by mnie zainteresować. Gdy się odwróciłam mojego brata już nie było.
- ETHAN !!!!!


Skubany zapomniałam że on potrafi niezwykle szybko biegać i dobrze się ukrywać !!! Wykiwał mnie no ….
Nie chciało mi się go szukać, ale też nie mogłam tak po prostu nie przejąć się tym co on ma zamiar zrobić. Poszłam zapytać się więc jego znajomych dowódców z tego obozu. 
Nic mi nie powiedzieli bo nie wiedzieli o niczym. Super, po prostu super.
Byłam zła na Ethana bo wiem że zazwyczaj kiedy sam się za coś bierze to nie jest to nic normalnego…
***
Krzątałam się po obozie, zaglądając w różne miejsca i pytałam się czy komuś mogę się na coś przydać. Nikt nie potrzebował mojej pomocy. Postanowiłam wrócić więc do swojego namiotu.
W drodze to pola namiotowego zobaczyłam coś dziwnego.
Nieopodal bramy obozu za drzewem ktoś się ukrywał. Ten ktoś nie wyglądał na obozowicza więc momentalnie przygotowałam swój łuk gotowa by zaatakować.
Postać ta była niewyraźna. Niby wyglądał jak człowiek, ale to nie był człowiek…
To coś ( nazwijmy to tak ) miało tułów człowieka ale jego kończyny przypominały łapy jaszczurki a głowa była połączeniem  jakiegoś zwierzęcia i zdeformowanej ludzkiej twarzy, miał także długi ogon najeżony kolcami. Kiedy przyjrzałam się temu bliżej zobaczyłam że jego oczy są całkowicie czarne a z ciała wydobywa się ciemny dym.
Dotarło do mnie że jest to jeden z potworów Askara. Ja również się przyczaiłam aby móc go zabić, ale niestety kiedy już miałam go trafić strzałą on mnie ujrzał.
 Obnażył swoje kły, wydał dźwięk przypominając syk i zaczął uciekać. Natychmiast ruszyłam za nim…
Goniłam go już dłuższą chwilę. Co jakiś czas zmieniałam się w geparda aby móc biec szybciej. Jednak  stwór okazał się znacznie szybszy…
Nagle przed nim w dolinie ukazał się portal prowadzący prawdopodobnie do podziemia.
Wtedy postanowiłam dać z siebie wszystko. Dogoniłam go. Lecz on wleciał do środka portalu… a ja razem z nim.



 OD AUTORKI
Nom nom nom jest i 9 rozdział :D Mam nadzieje że źle nie jest i dalej chcecie czytać moje ,,wypociny''. Bardzo ale to bardzo mi zależy na waszych opiniach bo jest to dla mnie pretekst aby wciąż pisać. Dziękuje i tak i tak za 335 wyświetleń a tak poza tym to nie mam nic wielkiego to przekazania. Następny rozdział już za niedługo a na tę chwilę życzę miłego wieczoru ;)

Do tego rozdziału przyszykowałam bardzo specjalną piosenkę :) Mam nadzieję że się spodoba ( bo ja osobiście ją uwielbiam ^.^):