środa, 3 grudnia 2014

Rozdział 12

 Obudziła mnie Camill która właśnie weszła do mojego namiotu. Na jej widok mało co nie dostałam zawału, ponieważ swoim ubiorem i tajemniczą aurą wyglądała upiornie. Uspokoiła mnie i powiedziała:
- Czas ruszać Emily...
- Dobrze zaraz do was przyjdę- odpowiedziałam i szybko przebrałam się w zmienne ciuchy, ubrałam kurtkę od taty, wzięłam plecak oraz łuk z kołczanem i wyszłam z namiotu.
Spotkaliśmy się wszyscy przy głównej bramie. Czekali na nas również obozowicze oraz dowodzący aby się pożegnać. Po pożegnaniu zjawiły się nasze smoki, a my szybko na nie wsiedliśmy i po chwili wyruszyliśmy. Noc była piękna, a Nowy York swoimi światłami przebijał się przez powłokę mrocznej ciemności...

Lecąc w stronę naszego obozu cały czas nie potrafiłam się skupić... miałam odczucie że wciąż tkwię w tej studni i ponownie tonę...nie mogłam tego wyrzucić z głowy...myślałam wtedy że to naprawdę mój koniec...gdyby nie przyjaciele... dobrze że ich mam.
Z mojego zamyślenia aż Ruby zaczął źle lecieć. W pewnym momencie obok mnie pojawił się Matt i jego smok Feniks. Matthew cały czas się mi przyglądał, a sam wyglądał na zmartwionego.
- Emily wszystko w porządku ?
Po chwili zamyślenia odpowiedziałam mu:
- Ehm.. e... co ?? A no tak... no ... jest... OK
- Nie wyglądasz tak jakby wszystko było dobrze.
- No ja po prostu.... kurcze... nie ważne, po prostu chce już być w domu.
Matt zaniepokojony moim zachowaniem nic nie odpowiedział. Spojrzał na mnie tymi cudownymi oczami które mieniły się odcieniami morza i oddalił się... dając mi do zrozumienia że nie chce mnie niepotrzebnie denerwować.
Nie chciałam sprawić mu tym przykrości ale wolałabym po prostu teraz zostać sama... 
Około godziny 4 nad ranem  byliśmy nad Kansas co oznaczało że za niedługo będziemy na miejscu.
Wciąż jeszcze rozmyślałam o wielu rzeczach a przed oczami widziałam moich rodziców... smutnych i wyczekujących na powrót swoich dzieci. Mama na pewno odchodzi od zmysłów myśląc co z nami może się dziać.
Ehh... chciałabym być teraz w domu, wśród najbliższych i siedzieć przed kominkiem pijąc gorącą czekoladę  i słuchać mojego taty gdy opowiada o swoich misjach,zadaniach wojskowych i życiu żołnierza. Mama by wtedy piekła coś dobrego w kuchni a nasz pies Marley ( Golden retriever) .... ganiał by się z moim bratem po całym domu. Tak jak to było kiedyś...
Tęsknie za tymi czasami bardzo bo te ostatnie lata kiedy dorastałam to były wzloty i upadki. Bycie nastolatkiem jest naprawdę trudne... szczególnie kiedy jest się jeszcze dodatkowo nadprzyrodzonym nastolatkiem z mocami. Tssaa....
Z moich myśli wyrwał mnie głos mojego brata :
- Ekipa jesteśmy w Denver. Zaraz dolecimy do obozu, szykować się!- zawiadomił głośno.
Z daleka było widać nasz obóz, a że strzeżony on jest bardzo dobrze mój brat ponownie zaczął krzyczeć i pokazywać jakieś dziwne ruchy aby obozowicze nie pomyśleli że jesteśmy wrogami i że chcemy ich zaatakować. Zobaczyłam jakąś poświatę która prawdopodobnie oznaczała że możemy wylądować. Zaczęliśmy się więc zniżać ku ziemi...
Nasze smoki zatrzymały się przed bramą obozową, a my schodząc z nich pozwoliliśmy im odlecieć. W końcu nie chcemy ich narażać na wrogość ze strony naszych obozowiczów ( oni nie przepadają za smokami). Chwilę potem Ruby, Feniks i reszta smoków zniknęła bezpiecznie. 
Po wejściu do obozu przywitała nas cała gromada obozowiczów. Chłopak Camill od razu pierwszy przyleciał i na powitanie czule ją pocałował. Nie znam go tak długo ale widać że jest w niej zakochany po uszy.
Wielu pytało się jak nasza misja jednak gdy Ethan zaczął opowiadać wszystko co nas spotkało ja nie chciałam tego słuchać więc szybko udałam się do swojego domku.
Od razu po wejściu rzuciłam się na łóżko, wtuliłam w koc i zasnęłam...
Parę godzin potem zbudziłam się wypoczęta i spokojniejsza. Zdziwiło mnie tylko jedno....na wprost mojego łóżka na fotelu słodko drzemał Matt. Wstałam więc i podeszłam do niego.
- Matt?? Halooo ej wstawaj !?- mówiłam do niego szarpiąc go za rękaw koszulki
- Ehmm.. no nom o wstałaś! - odpowiedział zaspanym głosem
- No jak widać ale powiedz mi co ty tu robisz ?
- No wiesz po tym wszystkim co się wydarzyło twój brat kazał mi ciebie pilnować więc jak tylko zniknęłaś po przybyciu z powrotem to poszedłem za tobą  i znalazłem cię tu i tak no pilnowałem cię jak spałaś ale chyba mi się przysnęło.
- No tak jakby- odpowiedziałam - która jest godzina ?
- E... 14 a co?
- O matko tak długo spałam ????
- Nom...
- Rany, widać że byłam wykończona
 Momentalnie podniosłam się z łóżka, ubrałam kurtkę, założyłam buty i gdy miałam już wyjść Matt chwycił mnie za rękę i zapytał:
- Gdzie idziesz ?
- Do namiotu szpitalnego 
- Iść z tobą?
- Nie no przestań nic mi nie jest !
- Ok jak chcesz... jak będziesz miała chwile to gdzieś cię zabiorę dobrze?
- No dobra..
Skierowałam się w stronę szpitala, a Matt poszedł w przeciwną stronę.

W szpitalu spędziłam 2 godziny opiekując się chorymi i lecząc rannych. Naprawdę lubię tu być bo czuje że jestem komuś potrzebna. Przynajmniej tu czuje się jakoś bezpiecznie i swobodnie...
Około 15 udałam się na obiad do podwórkowej jadalni ( lubię to tak nazywać), to taki prawie że piknik. Dzisiaj na obiad była zupa pomidorowa i kurczak z sałatką a że niezbyt przepadam za mięsem zjadłam więc samą zupę i sałatkę. Po obiedzie poszłam do domu Matta ponieważ wcześniej prosił mnie abym się z nim spotkała.Kiedy weszłam do środka zastałam tylko chłopaka Camill- James'a.
- Hej James wiesz może gdzie jest Matt?- spytałam
- No wiesz poszedł cię szukać bo miałaś się z nim spotkać
- Oh świetnie... dobra dzięki za informacje a ty co tu robisz ?
- Mieszkam- odpowiedział oczywiście
- Można mieć współlokatora w domku? I ty mieszkasz z Mattem ?
- Tak i tak 
- Aha ok spoko to ja idę go jeszcze poszukać...
- Dobra nara
Chodziłam po całym obozie szukając Matta. Byłam zła na niego bo mieliśmy się spotkać, miał mi coś pokazać a tu proszę nie ma go ! Eh.. ci chłopcy. Po dłuższym czasie sobie odpuściłam i poszłam w stronę mojego domku. Kiedy byłam już na miejscu na drzwiach zauważyłam kartkę. Napisane było na niej :

,, Emily... abym mógł ci coś pokazać sama musisz dostać się do tego miejsca. Idź na północ przez las wzdłuż obozu a gdy już wyjdziesz za bramę skieruj się w stronę kamiennej ścieżki gdzie światło pada dokładnie pod kątem 90 stopni. Idź potem tak długo dopóki nie usłyszysz dźwięków gitary. Będę tam na Ciebie czekał... nie bądź zła, zaufaj mi spodoba ci się.''                                               Pozdrawiam Matt

- A więc na tym to będzie polegać ? Dobra - powiedziałam do siebie i ruszyłam w drogę. Wzięłam se sobą kartkę na wszelki wypadek oraz swój łuk.
Idąc na północ minęłam już bramę obozu i odnalazłam kamienną ścieżkę. Teraz włączyłam swój umysł matematyczny który niezbyt jest dobry i postanowiłam sprawdzić czy promienie padają pod kątem 90 stopni. Po obliczeniach jak to się mówi ,, na oko'' stwierdziłam że to prawidłowy kierunek i poszłam wzdłuż ścieżki. Szłam już jakieś dobre 20 minut kiedy do moich uszu dotarły dźwięki jak ktoś gra na gitarze. Zaczęłam więc biec i w końcu po morderczym biegu wśród krzaków i gałęzi obijających mi się o twarz i targających włosy ujrzałam ten widok:


Aż mi tchu zabrakło ... skąd to się tu wzięło!
Pod jednym z drzew siedział Matt i grał na gitarze. Obok niego rozłożony i przygotowany był piknik. Gdy Matthew mnie ujrzał przestał grać, uśmiechnął się i zapytał:
- Podoba ci się ?
- To jest nie... niesamowite- zdążyłam tylko to z siebie wydusić, gdy Matt podszedł do mnie złapał mnie za rękę i dodał:
- To nie wszystko, chodź ze mną..





Od autorki
 
Tym razem nie mam zamiaru rozpisywać się na pół strony. Mam tylko nadzieje  że podoba się wam rozdział i że oczekujecie już następnych. Tak więc no kończę i liczę że mój blog będzie miał coraz więcej czytelników. Pozdrawiam :)
 
Do tego rozdziału przyszykowałam coś specjalnego. To dość dobrze znana piosenka. Nie jest może jakimś najnowszym hitem, ale według mnie jest naprawdę cudowna. Posiada w sobie pewien rodzaj magii :) :




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz