wtorek, 29 marca 2016

Rozdział 27

Przez dłuższy czas nie potrafiłam wydusić z siebie ani jednego słowa. Wciąż nie mogłam uwierzyć jakim cudem się tu znalazłam. Czemu ja ? Dlaczego akurat wtedy musiałam biegnąc tym lasem ? Czy złapali jeszcze kogoś z mojego obozu? Co z przyjaciółmi ? Czy mój brat wie o tym wszystkim ?
Tyle pytań krążyło mi w głowie... Patrzyłam dalej na resztę która była ze mną w tej sali. Nawet nie wiedziałam co odpowiedzieć chłopakowi który powiedział mi co to za miejsce. W tym momencie nie wiedziałam już nic. Z otępienia wyrwał mnie głos jeden z dziewczyn. 
- Halo żyjesz ???- stanęła na wprost mnie i dała mi na otrząśniecie kuksańca
- Co ? No... ta, ja nie wiem co powiedzieć
- Może się przedstaw i powiedz skąd jesteś co ? Tak będzie łatwiej na sam początek - powiedziała 
- Jestem Emily. Mam 17 lat i mieszkam w obozie w Colorado. A wy ?
Najmniej miła dziewczyna z tego grona przedstawiła się zaraz po mnie :
- Jestem Zoe. 18 lat. I jestem z obozu z Teksasu.

Po niej przedstawiła się dziewczyna w karmelowych włosach
- Olivia. 17 lat. Obóz w Waszyngtonie

Później przedstawiła się ostatnia dziewczyna i chłopak który cały czas jest przy niej
- Nazywam się  Cassie. 15 lat. Obóz na Florydzie.

 -A to mój brat Will
- Will miło mi. 17 lat. Również obóz na Florydzie.


Ostatni przedstawił się chłopak najstarszy z tego grona
- Trevor. 19 lat. Obóz z Californii

Gdy każdy już się sobie przedstawił, ja zajęłam jedno z wolnych łóżek. Położyłam się na nim i poczułam jak moje mięśnie się rozluźniają.Wpatrując się w sufit spytałam się Trevora
- Dlaczego tu jestem ?
- A bo ja wiem. Nikt z nas nie wie dlaczego się tu znaleźliśmy. Każdy z nas jest w jakiś sposób inny i według tych idiotów którzy nas tu trzymają jesteśmy nadzwyczajni i chcąc poznać nasze umiejętności pakują nas tutaj do tego miejsca i robią testy na nas i naszych mózgach. Według nich to nic złego. Twierdzą że jesteśmy tu bezpieczni, ale to jest istny koszmar Emily. Dzień w dzień nas testują, traktując jak szczury. Myślą że to dla dobra świata. Ha, bzdura i tyle.
- Ale dlaczego akurat my ?
- Nie mamy bladego pojęcia. Po prostu nas tu pakują, a gdy będziemy już do końca wykończeni tym wszystkim na koniec albo nas zabijają albo zamykają na zawsze - powiedziała Zoe
- Jednym słowem to jest więzienie i tyle - powiedział podsumowując to wszystko Will
- A nie próbowaliście stąd uciec ?
- Hahahahahahaha - wszyscy wybuchnęli śmiechem
- Co w tym takiego śmiesznego ?-spytałam zdziwiona
- To miejsce, całe ten budynek lub czymkolwiek ono jest, to jedna z najbardziej strzeżonych placówek. System bezpieczeństwa działa tu 24 h na dobę i na każdym kroku są strażnicy którzy nie dość że pilnują nas jako obiekty to jeszcze nie pozwalają niczemu wyjść na zewnątrz. To jest jedna wielka pułapka.
Zatkało mnie. Nie odpowiedziałam nic tylko skuliłam się, kolana podciągnęłam pod brodę i próbowałam zdusić w sobie płacz. Olivia która jedyna w tym gronie wydała mi się najbardziej wyluzowana usiadła przy mnie i powiedziała:
- Nie przejmuj się tym, nie jest tak źle. Tu śpimy, jemy, myjemy się i żyjemy. Wypuszczają nas tylko na badania albo testy. Ogółem da się żyć no chyba że uznają cię za bezużytecznego, no to wtedy masz problem- zaśmiała się po cichu
- Jej dzięki za pocieszenie- odpowiedziałam sarkastycznie- od jak dawna tu jesteście ?
- Nie mamy pojęcia. Czas tutaj  jakby zaginął- odpowiedział Will
- Ok. Żałuje że nie posiadam telekinezy albo czegoś w tym stylu. Mogłabym powiadomić mój obóz i dzięki temu ruszyliby mi na ratunek a tak cóż....
- A to właściwie jakie masz moce ? - spytała niewinnie Cassie 
- Strzelam z łuku, mam prorocze sny, zmieniam się w zwierzęta, umiem leczyć siebie i innych i czasami udaje mi się zatrzymać czas a wy ?
Wszyscy popatrzyli na mnie ze zdziwieniem i po chwili odezwał się Will:
- Posiadasz naprawdę wiele umiejętności... Ja moc ognia, nadzwyczajna szybkość, czytanie w myślach i tworzenie różnych przyrządów np: broni- z jego rąk wybuchnął płomień, popatrzył na niego po czym zgasił go i uśmiechnął się
- Fajnie... a wy ?
Odezwała się Olivia:
- Widzenie zmarłych, czytanie w myślach, wróżenie i to !- powiedziała po czym z jej pleców wyrosły dwa ogromne anielskie skrzydła i wzniosła się aż do sufit. Opadła po chwili na dół a jej skrzydła zniknęły
- Potrafisz latać.... łał- odpowiedziałam z podziwem
Teraz odezwała się Cassie:
- Na razie mam tylko 3 moce: niewidzialność, walka za pomocą magii i aerokineza- czyli władanie powietrzem 
- Jak na 15 latke to bardzo ciekawe umiejętności 
Zaraz po niej odezwała się Zoe:
- Też mi coś. Ja kontroluje umysły, sztuki walki, elektrokineza, lewitacja, potrafię też przechodzić przez ściany 
- To skoro to umiesz to czemu nie uciekłaś stąd ?
- Głupia jesteś wiesz ? Oni zaprogramowali to pomieszczenie tak że nasze moce nie działają tu na tyle dobrze żebym mogła właśnie przejść przez ściany. Może ich używać ale są słabe... Poza tym wiedzą że mam taką moc i wzmocnili czymś ściany aby mi uniemożliwić  wyjście.
- No dobra pani straszna, już o nic nie pytam , rany czemu jesteś taka zła dla wszystkich ?
- Taka już jestem. Masz z tym problem ?
- Hmmm.....może 
- Czekaj no !!!! Zaraz ci pokaże!!!!
Gdy Zoe chciała się na mnie rzucić zatrzymał ją Trevor i odrzucił w drugą stronę.
- Uspokój się cholera. To nam w niczym nie pomoże. Wybacz jej Emily, ona tak już ma
- Ehhh..... co za ludzie - wycedziła nerwowo Zoe po czym wstała i odeszła od nas.
- Dziękuje za pomoc- powiedziałam do Trevora- a ty jakie moce posiadasz ?
- Nadludzka siła, magia metalu, walka mieczem, nadzwyczajna pamięć i telepatia.
- Telepatia ?
- Słyszysz mnie ? To ja - Usłyszałam to od Trevora. Jednak nie poruszał ustami. Był w moim umyśle. Mówił telepatycznie.
- Niesamowite. Wszyscy jesteście niesamowici. Dobra to co mamy tu tak po prostu być dopóki oni nie będą z nami chcieli czegoś zrobić ?
- Dokładnie - odpowiedziała Olivia 
- Genialnie... dobra wiecie jestem trochę wykończona. Położę się na chwilę, dajcie znać jak będą otwierać drzwi. Obróciłam się do ściany, okryłam cienką pościelą i zapadłam w sen. 
Pomimo iż byłam wykończona nie potrafiłam spać. Przekręcałam się w boku na bok, a moje myśli krążyły wokół obozu i przyjaciół. Ciągle myślałam o tym czy już wiedzą że zniknęłam i czy uda im się mnie znaleźć...
W końcu nie wytrzymałam z tej monotonii i bezużyteczności. Wstałam w łóżka, podeszłam do metalowych drzwi i zaczęłam w nie uderzać z całej siły. Waliłam w metal tak mocno jak mogłam, a ręce pomału zaczęły mi sinieć i coraz mocniej boleć. Trevor, Olivia, Will, Zoe i Cassie spojrzeli na mnie jak na wariata i Trevor zapytał :
- Co ty robisz ?
- Nie wytrzymam tu dłużej. Będę tak długo walić aż mi odpadną ręce albo przyjdzie ktoś z tych ludzi i mnie wypuści. Mam tego dość.
- Emily to na nic. Każdy z nas gdy tylko się tu zjawił zachowywał się tak samo jak ty. Zwykle potem przychodzili ochroniarze i nas uspokajali.
- Jak niby ? 
Trevor popatrzył na mnie z lekkim przerażeniem i wskazał palcem za mnie.
- O tak 
Jeden z ochroniarzy podszedł do mnie i powiedział :
- Uspokoisz się czy ja mam to zrobić ?
- Ty- wycedziłam ostro w jego kierunku
- Ok
Wyjął z kieszeni dziwne urządzenie i przyłożył mi je do ciała. Po chwili poczułam jak mnóstwo elektrowstrząsów miota moim ciałem i jak upadam na ziemie drżąc. Ten gościu poraził mnie prądem! No gorzej chyba być nie może.
Jakieś pół godziny potem przestałam czuć prąd w moim ciele i pomału się podniosłam. Moje ubranie było lekko usmolone i podpalone, a włosy sterczały mi na wszystkie strony, naelektryzowane i podpalone. Spojrzałam wściekle na wszystkich w pomieszczeniu i wrzasnęłam :
- Mogliście mnie uprzedzić !
- Trza było nie wariować moja droga - odpowiedziała Zoe
- Dobra... spróbuje się uspokoić. Wiadomo kiedy nas zabiorą na badania ?
- Zgaduje że za chwilę...- odpowiedziała Olivia
Olivia miała racje. Jakieś 15 minut później 2 ludzi zabrało nas do wielkiego pomieszczenia laboratoryjnego. Każdy z nas musiał wejść do dziwnej szklanej komory i położyć się na fotelu do którego podpięte były przeróżne sprzęty. Byłam zestresowana i bałam się bo nie wiedziałam co oni mogą nam zrobić.
Do mojej komory weszła wysoka, młoda kobieta w białym fartuchu. Włosy miała elegancko spięte a na jej ręce widniał tatuaż na którym było wypisane coś w nieznajomym mi języku. Uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie i spytała :
- Jak się czujesz ?
- A jak pani by się czuła gdyby porwano panią, zamknięto w jakiś psychiatryku dla naukowców i i prowadzono na pani idiotyczne badania i nikt nie wie o pani zniknięciu co ?
- Wiem że to dla ciebie może być szokiem ale zrozum nas. Jesteśmy działalnością naukową skupiającą się na zjawiskach nadprzyrodzonych i kiedy dowiedzieliśmy się o was nadarzyła się szansa aby móc dokonać czegoś przełomowego 
- Kosztem innych ?
Kobieta nic nie odpowiedziała. Spuściła głowę i podpięła pode mnie dziwne urządzenie. Wyjęła jakąś teczkę z danymi i powiedziała :
- Teraz będę testować na tobie różne bodźce... będzie to trwało chwilę a później będziesz miała spokój ok ?
Nie odpowiedziałam  tylko posłałam jej wredne spojrzenie i oddałam się w jej ręce. 
Kobieta co chwilę coś przekręcała w maszynie podłączonej do mojego ciała i z chwili na chwilę działy się inne rzeczy. Najpierw poraziły mnie elektrowstrząsy, później wokół mnie były dziwne zapachy które przyprawiały mnie o mdłości. Następnie pojawił się ogień i w tym momencie zaczęłam się szarpać jak opętana ponieważ ogień nie był jakąś symulacją tylko naprawdę płonął obok mnie ogień. W pewnym momencie zahaczył o mój rękaw i zaczęła mi się ręka palić. Kobieta pomogła mi ją ugasić jednak doznałam oparzeń na lewej ręce. 
Wyłam w bólu ponieważ było to oparzenie 2 stopnia. Skóra spaliła mi się i prawie przedostała się do mięśni. Wystraszona kobieta uwolniła mnie od maszyny i zapytała się mnie :
- Pomóc ci jakoś ?
- Najlepiej by było jakby pani stąd wyszła ! - wrzasnęłam 
- Dobrze jak chcesz 
Kobieta wyszła ze szklanego pomieszczenia,  ja próbowałam zatrzymać łzy.
Spojrzałam na moją oparzoną rękę i postanowiłam użyć mojej magi lecznictwa.
Przyłożyłam drugą rękę do oparzonego miejsca i przelałam w nie moją energię. Ręka zaczęła się po chwili goić. Nagle usłyszałam cichy głos tej kobiety:
- Niesamowite- patrzyła na mnie jak zahipnotyzowana i zapisywała coś na kartce
- No i co się gapisz, zabierz mnie z tego miejsca albo zrobię coś gorszego !
- Uspokój się ok ? Nie chcemy zrobić wam krzywdy.
- Nie wcale. Chcecie nas tylko pozabijać!!!
W tym momencie nie wytrzymałam i zmieniłam się w wilka. Skoczyłam na tą kobietę i wyciągnęłam ku niej kły. Gdy chciałam ją ugryźć czworo ochroniarzy rzuciło się na mnie i odciągnęło mnie od kobiety. Pogryzłam paru z nich ale skończyło się tym, że dostałam w kark środek usypiający i znalazłam się jakąś godzinę później w naszym pomieszczeniu do którego trafiłam na początku. Byłam już człowiekiem, a wokół mnie zebrali się wszyscy. Zoe, Olivia, Trevor, Will i Cassie. Wszyscy patrzyli na mnie i gdy się obudziłam Will zapytał :
- Co tam się z tobą działo ?
- Nie ważne...
Wstałam z podłogi i udałam się do łazienki. Zamknęłam się w niej na prawie 30 minut a gdy wyszłam dostarczono do nas kolację. Cała 5 przysiadła się do stołu i wszyscy zaczęli się zajadać. Wyglądali jak głodne hieny. Ja jednak nie miałam w ogóle ochoty jeść. Podejrzewałam też że mogli czegoś dosypać do naszego jedzenia. Tym bardziej odebrało mi to apetyt. Położyłam się na swoje łóżko i próbowałam zasnąć. Przez 2 godziny nie potrafiłam spać, dopiero później poczułam to całodzienne wykończenie i odpłynęłam w sen.
Tej nocy przyśnił mi się mój obóz. Widziałam jak wszyscy biegają w panice w poszukiwaniu mnie. Widziałam strach na oczach moich przyjaciół i Ethana. Wszyscy byli mocno zszokowani. Później pojawiłam się w Twierdzy i widziałam Ethana siedzącego przy swoim biurku. Było po nim widać że jest wściekły. Rzucał cały czas nożami do jakieś tarczy i mówił pod nosem :
- Znajdę cię Emily i zabije tego kto cię porwał !!!
W końcu nie wytrzymał i rozpłakał się . Nigdy nie widziałam jak mój brat płacze.
Później widziałam moich przyjaciół i Camill jakby była w jakimś transie. Po chwili wróciła do rzeczywistości i pokręciła głową przecząco
- Dalej Camill. Wiem że dasz radę ją znaleźć. Ona musi gdzieś być, przecież nie mogła umrzeć- powiedział Matt z łzami w oczach
Widząc to wszystko byłam poruszona tym, że wszyscy się o mnie martwią. Bardzo chciałam móc im jakoś pomóc, powiedzieć gdzie jestem albo coś. Jedyny problem był taki że ja kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem. Czułam się jak w pułapce bez wyjścia. Jak w labiryncie. To zaczęło mnie dręczyć. To był mój koszmar który wydawał się gorszy niż wszystkie inne...

OD AUTORKI

Cześć wszystkim wybaczcie za kolejną przerwę ale wiecie święta, rodzina i przyjaciele i nie było zbytnio czasu. Jednak nie zapomniałam o tym blogu i wrzucam wam kolejny rozdział. Zaczyna się robić dramatycznie co nie? Heh mam nadzieje że wam się spodoba i będzie dalej czytać moje ,, wypociny''. Na razie zmykam i życzę przyjemnego czytania ^^ Aleks






czwartek, 24 marca 2016

Rozdział 26

Cały luty minął w bardzo dobrej atmosferze. Dużo czasu spędzałam z Mattem, ale i często bywałam z Camill i Malią. Jednego dnia mieliśmy wspólny trening, drugiego pracowałyśmy w szpitalu obozowym, a jeszcze innego siedziałyśmy w stołówce i paplałyśmy cały dzień. Tak naprawdę przez ten czas dużo się nie wydarzyło. Nasz obóz z chwili na chwili stawał się lepszy, a śladów po niedawnej bitwie z Askarem i jego armią już nie było. Co jakiś czas nawet udawało mi się odwiedzać z Ethanem rodziców a oni przyjmowali nas jak zawsze z otwartymi rękoma.Wszystko trwało w harmonii, spokoju i radości. Lecz później sprawy nabrały innego obrotu. Cały koszmar zaczął się na początku wiosny.  Był chyba 25 marca. Tego dnia było naprawdę pięknie. Słońce świeciło,natura powróciła do życia po zimie i każdy obozowiczów zabrał się za siebie. Ja również postanowiłam zadbać o swoją sprawność fizyczną. Po śniadaniu ubrałam się w sportowy t-shirt, bluzę,spodnie dresowe i trampki i zaplanowałam sobie dzisiaj że trochę pobiegam. Wzięłam ze sobą również łuk i kołczan, a także słuchawki i telefon który dzięki braciom Stewart stał się prawie że Iphonem  i w południe udałam się za obóz, aby poćwiczyć kondycję oraz celność w biegu. Włączyłam głośno muzykę, założyłam słuchawki a kołczan ze strzałami zarzuciłam na plecy i pobiegłam wzdłuż ścieżki....
Biegłam właśnie i starałam się celować w różne miejsca z odległości prawie 20 m. Później podbiegałam i łapałam wycelowane np. w drzewa strzały. 
Co jakiś czas zmieniałam się w geparda aby jeszcze bardziej przyśpieszyć tempo. Muzyka dudniła mi w uszach, a po czole leciał pot. Z chwili na chwilę biegłam coraz szybciej. Czułam wielki przypływ energii i mogłam nareszcie wyzwolić się i wyrwać na chwile od monotonii obozu. Uznałam że dobrze zrobiłam...
Jedyną rzeczą, która przeszkadzała mi podczas biegu było dziwne uczucie,jakby ktoś  cały czas mnie śledził. Aby się upewnić co jakiś czas przystawałam i rozglądałam się wokół, żeby upewnić się że to tylko mój mózg wariuje. Nie potrafiłam dostrzec nic podejrzanego dlatego postanowiłam zignorować to. I biegłam dalej. Zauważyłam idealny cel pomiędzy konarami drzew... wyglądało to jak przyczepiona flaga albo kawałek materiału. Wycelowałam więc w nią i udało mi się idealnie trafić. Gdy dobiegłam do miejsca gdzie wbiła się strzała i już chciałam ją chwycić gdy coś dziwnego trafiło mnie się w kark. Zaczęłam się krztusić, a przed oczami robiło mi się ciemno. Dotknęłam miejsca na szyi i gdy wyjęłam to paskudztwo które w niej tkwiło ujrzałam strzałkę usypiającą. Chciałam uciec stąd i ukryć się przed kimś kto trafił mnie nią, ale było za późno. Jad ze strzałki rozprzestrzenił się już po moim ciele i upadłam na ziemię oszołomiona i sparaliżowana. Przed totalnym odpłynięciem ujrzałam ledwo co dwóch mężczyzn w dziwnych skafandrach którzy podeszli do mnie. Zaczęli coś między sobą szeptać, lecz ja nie umiałam ich zrozumieć. Podnieśli mnie i zaczęli ciągnąć do jakiegoś pojazdu. Chwilę później byłam już kompletnie nieprzytomna...

***
 Kiedy się obudziłam w głowie poczułam okropny ból, a całe moje ciało przeszył dreszcz. Spróbowałam rozejrzeć się wokół aby cokolwiek dostrzec. Nie widziałam niczego dopóki ktoś nie włączył nade mną ogromnej lampy której światło na chwilę mnie oślepiło. Gdy z powrotem wrócił mi wzrok ujrzałam nad sobą postacie w lekarskich kitlach. Wśród nich było 3 mężczyzn i jedna kobieta. Przyglądali się mi i szeptali między sobą. W końcu nie wytrzymałam tej ciszy i spytałam :
- Ehmm gdzie ja jestem ?
- Spokojnie obiekcie...znajdujesz się w specjalnej bazie naukowej...
- A po jasną mnie tu ściągnęliście ? Czekaj co? OBIEKCIE? A co ja kosmita?!
- Wykazano u ciebie zdolności które są dla nas ciekawym zjawiskiem i mamy zamiar przebadać cię i sprawdzić twoje geny aby odkryć skąd są te moce.
Mocno zdziwiona, a zarazem zdenerwowana powiedziałam:
- Taaa jasne świry pomarzcie sobie ! A teraz mnie wypuście !
Gdy chciałam wstać okazało się, że i nogi i ręce mam przymocowane do zimnego, metalowego stołu na którym leżałam. W końcu nie wytrzymałam i zaczęłam szarpać się na wszystkie strony i wrzeszczeć na nich :
- Wypuście mnie !!!! Nie chce tu być !!!! Zostawcie mnie !!!!
Cała czwórka naukowców próbowała mnie uspokoić lecz ja wyrywałam się z ich uścisków i próbowałam uwolnić się. 
- Marie idź po zastrzyk. Musimy ją uspokoić. Inaczej dalej będzie wierzgać- wrzasnął do młodej kobiety jeden z mężczyzn z okularami i tatuażem na szyi.
Kobieta odeszła a po chwili wróciła ze strzykawką w której znajdowałam się środek uspokajający. 
- Nie nie nie !!!  Z daleka z tym ode mnie wy dziwadła !!! Dajcie mi spokój !!
Ja.....
Nie dokończyłam gdyż kobieta wbiła mi już strzykawką w ramię, a ja odpłynęłam....
 ***
Chwilę później znalazłam się w ogromnej sali. Znajdowały się tam  łóżka, spora łazienka, parę okien, stoliki jak z naszej obozowej jadalni, puste szafy i półki i jedne wielkie masywne metalowe drzwi z małą szybką. Ściany pomalowane były w szaro- białe pasy, ogólnie to miejsce wyglądało zwyczajnie i nędznie, jak psychiatryk. Kręciło mi się w głowie i bolało mnie całe ciało. Powoli próbowałam się podnieść bo leżałam na podłodze... Poczułam jak czyjeś dłonie łapią mnie za ramiona i pomagają wstać. Gdy się odwróciłam ujrzałam wysokiego chłopaka z blond włosami. Był cały brudny i poobijany a na sobie miał szary strój i przepaskę na ręce. Dotknęłam swojego przedramienia i na nim również zauważyłam przepaskę na której wyryte było :
 ,, JBZN. OBN. Nr.6.USA''
Nie mogłam zrozumieć co to może znaczyć. Postanowiłam więc to zignorować.
Rozejrzałam się wokół siebie i ujrzałam jeszcze cztery inne osoby. Trzy dziewczyny i chłopak. Wszyscy ubrani tak samo jak chłopak który pomógł mi wstać, jedyne co to mieli innego koloru  przepaski na rękach. Każdy patrzył na mnie jakbym była jakimś intruzem. Dziewczyna siedząca w kącie z czarnymi jak smoła włosami i niebieskimi oczami parsknęła pogardliwie :
- No proszę następne dziwadło złapali
- Co proszę ?- spytałam z irytacją 
- Nie przejmuj się nią, ona tak do każdego gada - odpowiedziała mi dziewczyna z karmelowymi włosami.
Popatrzyłam jeszcze na pozostałe osoby. Niska dziewczyna z blond włosami płakała w kącie, a chłopak obok niej siedzący lekko się do mnie uśmiechał.
Wciąż dudniło mi w głowie a ból rozsadzał czaszkę. Najgorszą rzeczą było to że nie posiadałam przy sobie nic. Telefon, słuchawki, łuk, strzały, moje ubrania- wszystko zostało mi zabrane. Na szczęście nie odebrali mi bransoletek oraz naszyjnika od Matta i nieśmiertelnika taty. Spojrzałam jeszcze raz na całą piątkę i po chwili milczenia zapytałam :
- Co tu się do cholery dzieje!! Gdzie my jesteśmy ?!!!
Ten sam chłopak z jasnymi włosami, który prawdopodobnie był z nas wszystkich najstarszy powiedział do mnie:
- Witaj w więzieniu dla nadprzyrodzonych
Te słowa sprawiły że oniemiałam. Chciało mi się płakać. Byłam w szoku. Zostałam schwytana i umieszczona tu jako szczur laboratoryjny i nie mam pojęcia co zrobić...



OD AUTORKI
Witam po chwilowej przerwie. Wybaczcie że trochę mnie nie było ale miałam parę ważnych spraw. Tym razem wróciłam do was z rozdziałem który zaczyna tą mroczniejszą część mojego opowiadania. Mam nadzieje że będzie się wam podobać ;) Pozdrawiam i życzę miłego czytania ALEKS 

czwartek, 17 marca 2016

Rozdział 24

Droga powrotna zajęła nam 2 godziny. Gdy zajechaliśmy pod przystanek niedaleko naszego obozu była już prawie północ. Wzięliśmy więc nasze walizki i pędem udaliśmy się w stronę bram. Ethan wiedział jak zaprogramowane są bramy przejścia dlatego odłączył czujniki bezpieczeństwa, a gdy już weszliśmy ponownie je podłączył. Każdy z nas udał się po cichu do swojego domku. Ethan do Twierdzy a ja do ukochanego, małego domku. Usiadłam na łóżku i zaczęłam rozpakowywać bagaże. Ciuchy ułożyłam w szafie, podręczne rzeczy położyłam na półkach a całą resztę gdzieś upchałam. Prezenty od rodziny również poukładałam. Płytę i słuchawki od Ethana włożyłam do szuflady, ramkę ze zdjęciem od taty dałam obok swojego łóżka, a nieśmiertelnik od niego od razu założyłam na szyje razem z łańcuszkiem od Matta. Kiedy wszystko miałam już rozpakowane spojrzałam na budzik który wskazywał 01:00. Rzuciłam w kąt plecak i torbę i poszłam spać. Tej nocy miałam dość niepokojący, proroczy sen o mnie...
Znajdowałam się właśnie w naszym lesie gdy stało się coś dziwnego. Poczułam dziwny ból, upadłam i straciłam przytomność... wtedy sen się urwał a później pojawiła się jego dalsza część. Leżałam na ogromnym stole chirurgicznym a wokół mnie było czyste i białe pomieszczenie. Nade mną stała grupka podejrzanych ludzi którzy szeptali pomiędzy sobą. Mało co rozumiałam z ich mowy ale udało mi się wychwycić to zdanie:,, Nie możemy rezygnować z badań. On a jest naszym cennym nabytkiem i dzięki niej dowiemy się do się dzieje w tym świecie...'' Chwile potem ponownie odpłynęłam...
Momentalnie gdy ten sen się skończył obudziłam się z wrzaskiem, na szczęście nikogo tym krzykiem nie obudziłam. Była roztrzęsiona bo nie mogłam uwierzyć że to może się zdarzyć. Postanowiłam więc o tym zapomnieć i resztę nocy spędziłam leżąc i wpatrując się w sufit który dzięki swoim panelom świetlnym mienił się pięknymi barwami i przypominał galaktykę...


 Kiedy nastał nowy dzień i słońce przebudziło mnie z bezsennej nocy szybko ubrałam się, zjadłam coś na dobry start i ogarnęłam ogółem całą siebie. Najpierw pobiegłam odwiedzić dziewczyny- Malie i Camill. Spotkałam je właśnie niedaleko pola treningowego. Szły właśnie w stronę obozowej stołówki...
- Dziewczyny poczekajcie- zawołałam za nimi biegnąc wciąż do nich
- Emily !!!!- krzyknęły oboje radośnie 
Gdy je dogoniłam mocno mnie przytuliły i Malia zapytała :
- Już wróciliście ???
- No tak... Ethan martwił się o was i obóz
- I jak było ? Co u twoich rodziców ?
- Kurcze to były chyba najlepsze święta jakie miałam. A rodzice jak zwykle cali zdrowi i szczęśliwi. Nie mogli powstrzymać łez gdy nas ujrzeli. A ty Camill kiedy wróciłaś ?
- Też wczoraj 
- Spoko, a co się działo tutaj w obozie ?- zwróciłam się do Malii
- Cóż mieliśmy mnóstwo frajdy,jedzenia i prezentów oraz nieźle u nas napadało śniegu jak widać toteż zrobiliśmy rozgrywki sportowo- waleczne i wielu z nas skończyło tak że cali byli mokrzy, zziębnięci i ponacierani... dlatego też masz na dzisiaj mnóstwo roboty z leczeniem grypy w szpitalu.
- Ahh to będzie dla mnie przyjemność- odpowiedziałam z entuzjazmem
- Nie ma to jak się jarać chorymi ludźmi- powiedziała żartobliwie Camill
- Nie no szkoda że już musiałam wracać ale nie żałuje też tego. Miło was widzieć dziewczyny a widziałyście może Matta ?
- Tak kręci się gdzieś niedaleko zbrojowni
- Ok to ja lecę go poszukać 
Pożegnałam dziewczyny i pobiegłam na poszukiwanie Matta. 
Znalazłam go właśnie tuż obok zbrojowni, tak jak mówiła Camill. Siedział właśnie z James i grali w karty.Po cichu podeszłam do niego od tyłu i szybko zasłoniłam mu oczy. Matt momentalnie wstał i gdy tylko się odwrócił otrzymał ode mnie słodki pocałunek. Chwilę potem ocknął się i zobaczył mnie.
- Emily już jesteś - powiedział i mocno mnie przytulił
- Tak wróciliśmy dzisiaj w nocy
- I jak było opowiadaj...
- Opowiem ci wszystko jak przyjdziesz dzisiaj do mnie wieczorem...
- Dobrze tak więc spodziewaj się mnie później
Uśmiechnęłam się do niego i odeszłam w stronę szpitala zostawiając ich skupionych na grze. W szpitalu tak jak Malia mówiła nie brakowało pracy...
Było tutaj chyba z 20 osób  chorych na grypę, anginę i zapalenie płuc, widać było że ostro balowali w te święta. Od razu po wejściu przywitałam się z znajomymi z ,,pracy'' po czym zabrałam się do przyszykowania lekarstw. Podałam je każdemu choremu, dostali również ziołową herbatę i naturalne syropy wzmacniające odporność. Po 2 godzinach niektórym obozowiczom zaczęło się poprawiać. Ja wciąż chodziłam od jednego do drugiego i każdemu starałam się jak najszybciej pomóc. Godzinę potem udałam się na obiad do stołówki. Dzisiaj podawali zupę oraz kurczaka. Zniechęcona mięsem wyjadłam całą zupę i wróciłam do szpitala. Tam spędziłam kolejną godzinę a później udałam się na odpoczynek do domku. Nie mogłam pojąc dlaczego byłam dzisiaj taka osłabiona, nigdy tak się nie czułam. Może mnie też coś bierze, jakieś choróbsko ale to by było niemożliwe skoro posiadam moc leczenia... Hmmm...
Ułożyłam się wygodnie na łóżku, otuliłam się kocem i włączyłam sobie muzykę. W końcu zmęczenie wzięło górę i prawdopodobnie się zdrzemnęłam.
Gdy się obudziłam była godzina 17.00. Wstałam więc, ubrałam  bluzę od mamy, wzięłam swój ukochany łuk i strzały i postanowiłam trochę się rozruszać. Udałam się na pole treningowe. Ćwiczyłam ostro przez ponad godzinę. Uczyłam się nowych technik strzelania, doskonaliłam swoje przemiany w zwierzęta i ćwiczyłam koordynację. Później gdy już dosłownie ociekałam z potu wróciłam do swojego domku aby móc się odświeżyć. Odłożyłam swoją broń, zdjęłam ciuchy treningowy i wskoczyłam pod prysznic. Po wyjściu otuliłam się dwoma ręcznikami i nałożyłam odżywkę na włosy, a kiedy wyszłam z łazienki aby znaleźć nowe ciuchy w drzwiach właśnie stanął Matt. Z zaskoczenia podskoczyłam i omal mi nie spadł ręcznik.
- Miało być wieczorem !!!
- No jest po 18 więc pomyślałem... pasuje ci ten ręcznik a to pod nim....
- Tak!- odpowiedziałam z zażenowaniem- Mógłbyś się tak odwrócić dopóki się nie ubiorę?
- Ehmm.. no ale ja... jesteś taka piękna w tym ręczniku
- Zabawny jesteś, ale i tak na razie nie pozwolę ci mnie oglądać nago
- Zaczekam na ten cudowny dzień
Wybuchnęłam śmiechem po czym ukryłam się za drzwiami szafy i zaczęłam przeglądać ciuchy. Ubrałam czystą bieliznę a na nią nałożyłam długą prawie że do kolan koszulę w kratę a na nogi wciągnęłam legginsy. Gdy już byłam ubrana zawołałam Matta
- Już możesz patrzeć
- Uff nareszcie
Podszedł i mnie pocałował. Odwzajemniłam pocałunek i poprosiłam aby zamknął oczy:
- Poczekaj mam dla ciebie niespodziankę 
- No... dobrze 
- Wyjęłam obraz dla niego, podałam mu do rąk i powiedziałam :
- Możesz otworzyć oczy
- O mój... Emily to dla mnie ?
Matthew aż zaniemówił na widok obrazu na którym jest on i jego dawny smok Feniks.
- Ty namalowałeś kiedyś mnie, teraz ja się odwdzięczyłam tym samym
- Jest cudowny, dziękuje ci 
Odłożył obraz, przytulił mnie po czym zakręcił dookoła i ponownie zaczął przyglądać się obrazowi.
- Kiedy go namalowałaś ?
-Podczas pobytu w domu
- O właśnie jak było ? Jak tam ci święta minęły z rodzicami ?
Opowiedziałam mu wszystko to co niesamowitego mnie spotkało podczas tych 4 dni i pokazałam nawet prezenty od rodzinki. Matt z radością słuchał moich opowiadań, a potem sam opowiedział co ciekawego działo się w obozie podczas mojej nieobecności. Gadaliśmy chyba do północy kiedy to zmrużył nas sen i oboje zasnęliśmy w moim domku.Cieszyłam się że znowu mogłam tu wrócić do tego wspaniałego miejsca i zobaczyć ukochanego i przyjaciół z obozu... 




OD AUTORKI 
Dobry wieczór czytelnicy. Wybaczcie że dość późno dodaje rozdział ale miałam dzisiaj dosyć ciężki dzień, znaczy się pozytywny ale dużo się działo. Mimo to pamiętałam aby dodać kolejny rozdział i mam nadzieje że nie ma tak znowu źle. Życzę miłego czytania, Aleks ^^

środa, 16 marca 2016

Rozdział 23

Podczas jazdy kuligiem konnym cały czas dużo śpiewaliśmy i śmialiśmy się. Henry który kierował końmi okazał się niezłym żartownisiem i opowiadał ciekawe kawały. Cała droga minęła nam więc w śmiechu i radości. Po 2 godzinach wróciliśmy do domu, podziękowaliśmy panu Henriemu, a ja nawet poleciałam do domu  po kostki cukru i poczęstowałam nimi konie. Gdy wróciliśmy był już wieczór, dlatego razem z mamą przygotowałyśmy kolację oraz deser i całą rodzinką zasiedliśmy do stołu. Ten dzisiejszy dzień, świąteczny dzień okazał się chyba najlepszym do tej pory. Jeszcze nigdy nie widziałam rodziców tak szczęśliwych. Pamiętałam że gdy zaginął Ethan ( 7 lat temu ) rodzice stali się ponurzy, zestresowani i smutni. Mogłam sobie tylko wyobrazić co się z nimi działo gdy i ja zniknęłam. A teraz gdy jesteśmy całą czwórką ( + Marley)
razem rodzicom nie znika uśmiech z twarzy. Najgorsze będzie jednak to gdy im powiemy jutro że będziemy musieli znowu odejść, aby wrócić do obozu...
Gdy skończyliśmy kolację i pomyliliśmy naczynia każdy udał się do siebie. Ja osobiście zajęłam się kończeniem obrazu  dla Matta. Moje dzieło ukończyłam jakoś około godziny 22.30. Odłożyłam obraz na półkę aby usechł a sama udałam się do łazienki. Umyłam się, przebrałam w piżamkę i migiem wskoczyłam do łóżka. Otuliłam się kołdrą, założyłam słuchawki, puściłam muzykę i odpłynęłam...
Następnego dnia- 26 grudnia jak się okazało rodzice musieli iść do pracy. Postanowiliśmy razem z Ethanem potowarzyszyć im i przy okazji pomóc tak więc zaraz po śniadaniu ja udałam się z mamą do szpitala, a Ethan z tatą do jego jednostki wojskowej. 
Szpital w którym mama pracuje znajdował się niedaleko centrum miasta. Był on ogromnym budynkiem, całkiem nowoczesnym w którym było wiele oddziałów. Mama pracowała w paru z nich jako profesjonalna pielęgniarka, a także położna. Dzisiaj akurat opiekowała się pacjentami z chirurgi i wypadków. Podczas gdy ona chodziła od sali do sali ja siedziałam w pokoju pielęgniarek i układałam jakieś papiery i robiłam spisy dotyczące pacjentów. Po godzinie zaczęłam się strasznie nudzić więc dokończyłam tą robotę i wymknęłam się po kryjomu aby pozwiedzać szpital. Najpierw znalazłam się w oddziale ginekologicznym i patrzyłam przez szybę na rząd ułożonych łóżeczek w których było mnóstwo malców. Każdy z nich był podobny do siebie- różowy i okrąglutki. Pomachałam do tych malców po czym udałam się dalej. Znalazłam się właśnie w pediatrii gdzie w jednej sali leżała dziewczynka z połamaną nogą. Udałam się więc do niej. Usiadłam obok jej łóżka i przedstawiłam się
- Hej jestem Emily a ty ?
- Stella- powiedziała lekko przestraszonym głosem
- Ładne imię, a co ci się stało w nogę ?
- Poślizgnęłam się na lodzie i upadłam
- Ohh... przykro mi. Wiesz może będę mogła ci pomóc
- Tak ? A kim ty w ogóle jesteś ?
- Moja mama tu pracuje i czasami przyjeżdżam z nią aby jej pomóc i zaopiekować się pacjentami

- Proszę zrób aby mniej bolało 
- Ok to zamknij oczy, pomyśl o czymś miłym i policz do 10
- Ok- odpowiedziała i zaczęła liczyć- Raz, dwa...
Ja za ten czas złapałam jej nogę, pomasowałam ją i przelałam leczniczą energię w jej złamaną kość. Po chwili Stella przestała liczyć i z wielkim zaskoczeniem zobaczyła że jej noga jest zdrowa
- O rany. Już nic nie boli. Dziękuje ci bardzo - przytuliła mnie po czym zapytała - Jak ty to zrobiłaś ?
- Nie mogę ci powiedzieć tego ale pomogło mi w tym magia 
- Super !!- krzyknęła radośnie - też tak chce umieć
I wtedy pomyślałam sobie że może ona także ma jakieś nadprzyrodzone umiejętności i będzie kiedyś w naszym obozie podczas gdy ja już będę pewnie dorosłą kobietą
- Nauczysz się spokojnie jesteś jeszcze za mała. Ja już muszę uciekać wiesz
- Ok papa - pożegnała mnie i z powrotem położyła się do łóżka
 Ja za to udałam się w dalszą drogę po szpitalu. Byłam na oddziale Intensywnej Terapii, Chirurgii, Neurologii, Kardiologii i Okulistyce. Na sam koniec odwiedziłam część szpitala - Onkologiczną. Tutaj byli pacjenci chorzy na raka i różne nowotwory. Spotkałam tam pewną parę- młodego chłopaka i dziewczynę. Okazało się właśnie,że chłopak jest chory na białaczkę i będzie go czekała chemioterapia. Udałam się do jego pokoju i spotkałam się z nim aby mu dodać otuchy. Siedział właśnie ze swoją ukochaną a ona cały czas płakała...
- Hej - powiedziałam - nazywam się Emily i no moja mama tu pracuje a ja właśnie pomagam jej
- Hej jestem David a to moja narzeczona Alice. Co cię sprowadza akurat do mnie?
- Nie wiem tego. Dowiedziałam się że masz raka i postanowiłam cię odwiedzić i spróbować ci jakoś pomóc.
- Jak możesz mi pomóc?Jesteś nastolatką a ja już umieram
- Wyluzuj i nie myśl od razu że umierasz. Spróbuje przygotować pewną szczepionkę która może powstrzymać białaczkę i zacząć proces cofania się tego raka.
- Jak niby ???
- Oj to już zostaw mnie ok ?
- Dobra ale wiesz nie jesteś lekarzem i nie wiem czy ci ufać
- Przysięgam ci że nie mam zamiaru zrobić ci nic złego 
- No....ok
Zebrałam więc potrzebne składniki z apteki szpitalnej, połączyłam je i stworzyłam szczepionkę którą kiedyś wynalazłam. Podałam ją temu chłopakowi i powiedziałam :
- Powinno widać poprawę po paru dniach. Przyjdź do szpitala za niedługo i poproś o powtórną diagnozę ok ?
- Dobrze 
- I to mu na pewno pomoże ? - zapytała Alice
- Jestem przekonana że tak 
Pożegnałam tę parę i udałam się z powrotem do pokoju pielęgniarek aby tam poczekać na moją mamę ... Po drodze kupiłam sobie w szpitalnym sklepiku ciastko i sok i zrobiłam sobie przerwę na lunch. Godzinę później razem z moją mamą zajęłam się jeszcze paroma pacjentami. Podawałam im jedzenie oraz leki, a mama raz za razem chwaliła mnie i mówiła że byłabym wspaniałym lekarzem. W głębi duszy czułam że mogło by być coś co byłoby dla mnie odpowiednie w przyszłości ale nie byłam do końca do tego przekonana...
Około godziny 15 mama przyniosła mi obiad z szpitalnej kuchni i obie je zjadłyśmy. Później w szpitalu spędziłyśmy jeszcze 2 godziny i po 17 wróciłyśmy do domu. Udało mi się nawet dzisiaj zarobić parę dolarów a także dostać pochwałę od ordynatora tego szpitala. Jest on chyba jedynym człowiekiem w tym szpitalu oprócz mojej mamy który naprawdę mnie lubi i pozwala mi tu przebywać. Inni lekarze twierdzą że tylko przeszkadzam im i pacjentom... Hmmm, no cóż wszystkim nie da się dogodzić. 
Po powrocie do domu zastałyśmy tylko Marleya czekającego pod drzwiami z miską. Biedak nie dostał swojego obiad o wyznaczonej porze i z niecierpliwością czekał na nas. Od razu po zdjęciu kurtki i zimowych butów podałam mu jego zasłużone jedzonko. Ja sama postanowiłam  trochę odpocząć. Włączyłam telewizję, ułożyłam się wygodnie na sofie i na chwilę  zdrzemnęłam się...
Godzinę później wrócili Ethan z tatą cali brudni i zmęczeni ale bardzo zadowoleni. Ethan opowiedział mi co robił dzisiaj z tatą na służbie. Powiedział że poznał wielu niesamowitych żołnierzy, dowiedział się o ich niedawnej misji i nawet pomagał przy naprawie broni itp...
O 19 zasiedliśmy wszyscy do kolacji. Mama przygotowała pyszności które zostały z obiadu wigilijnego i każdy z nas do porządku się najadł. Po kolacji Ethan poprosił mnie na rozmowę. Powiedział że musimy się zbierać do powrotu do obozu. Udaliśmy się oboje do swoich pokoi, spakowaliśmy rzeczy oraz niektóre prezenty świąteczne które otrzymaliśmy i razem z walizkami zeszliśmy na dół do rodziców aby powiedzieć im gorzką prawdę że musimy wracać. Rodzice właśnie siedzieli z Marleyem w salonie i gdy zobaczyli nas z tymi walizkami momentalnie ich twarze pobladły. Podeszli do nas i mama spytała :
- A wy się dokąd wybieracie ?
- Mamo...- zaczęłam niepewnie ale przerwał mi Ethan z swoją wymową
- Musimy wracać tam skąd przybyliśmy. Wiem że jesteście źli zapewne i zdziwieni, że już was opuszczamy, ale naprawdę nie możemy tu zostać. Przyjechaliśmy specjalnie aby was odwiedzić w te święta i spędzić z wami ten cudowny czas. Dziękujemy wam za te dni, za prezenty na święta i za wszystko co zrobiliście dla nas. Musicie nas zrozumieć.... nie możemy z wami zostać. Potrzebni jesteśmy gdzieś indziej, ale nie martwcie się jeszcze tu wrócimy i to nie raz... kochamy was, ale nie możemy zostać już na zawsze. Coś się zmieniło w naszych życiach i po prostu....
- Rozumiemy to - odpowiedział tata za ich oboje 
- Co ???!!!- spytaliśmy zdziwieni
- Cóż dzieci jeżeli naprawdę musicie odejść to pozwalamy wam na to. Jesteście oboje już dość duzi, aby móc decydować o waszym życiu, tylko pamiętajcie nie zapomnijcie o waszych rodzicach
- Nigdy nie zapomnimy - odpowiedziałam i ze łzami w oczach podeszłam i przytuliłam rodziców
Pokazałam tacie że mam już założony jego nieśmiertelnik i że zawsze będzie mi przypominał te chwile. Tata pomimo tego iż jest żołnierzem i często nie pokazuje swoich uczuć teraz również się rozpłakał.
- Tylko dzieci uważajcie na siebie i powiedźcie mi tylko jedno- zaczął tata
- Tak tato ?- spytałam 
- Czy tam gdzie idziecie jest bezpiecznie i czy na pewno dacie sobie rade?
- Jest tato i przysięgam ci że gdyby działo się cokolwiek powiadomimy was o tym, ale obiecuje ci że będę dbał  o Emily - powiedział poważnie Ethan 
- Dobrze a zatem jedźcie już, za parę minut przyjedzie autobus- oznajmił tata
- Pa mamo, pa tato będę tęsknić- powiedziałam i ponownie ich przytuliłam 
- Ohh pa skarbie- powiedziała mama co chwile wycierając chusteczką łzy
Ethan pomógł mi w walizkami i oboje udaliśmy się w drogę do przystanku. Pomachaliśmy jeszcze tylko na koniec rodzicom i poszliśmy przed siebie. W tym momencie zaczął padać śnieg, a ja zdałam sobie sprawę jak wspaniałych mam rodziców.
Chwilę potem byliśmy już w drodze do naszego drugiego domu którym był Obóz Innych...

OD AUTORKI
No hejka drodzy czytelnicy. To znowu ja. Przesyłam w wasze ręce rozdział 23 i życzę miłego czytania. Wiem wiem znowu pewnie nudny i krótki, ale serio się staram. Na razie kończę i idę pobiegać bo piękną mamy pogodę *.* Pozdrawia Aleks:*

wtorek, 15 marca 2016

Rozdział 22

Obudziłam się wczesnym rankiem i od razu po przebudzeniu spojrzałam na kalendarz aby upewnić się że to na pewno dzisiaj są święta. 25 grudnia tak to już dzisiaj ! Bez przebierania się w biegu poleciałam na dół i ujrzałam niezwykły widok którego mi brakowało. Pod choinką było mnóstwo prezentów, skarpetki nad kominkiem były zapełnione różnymi łakociami, ciastka i mleko zniknęły, w całym domu czuć było jodłą i cynamonem, a na dworze padał cudowny śnieg. Podeszłam do choinki i zawołałam całą rodzinkę na dół. Pierwszy zjawił się Ethan z Marleyem, a zaraz po nich przyszli rodzice. Wszyscy zebraliśmy się wokół choinki, a ja zaczęłam rozdawać każdemu prezenty. Każdy dostał po równo 3 prezenty od każdego i nawet Marley załapał się na co nieco. Pierwszy swoje prezenty odpakował Ethan. Dostał ode mnie zegarek którego gdy tylko zobaczył był bardzo zszokowany bo powiedział mi że dokładnie o takim marzył. Od taty dostał nową piłkę do koszykówki, a od mojej mamy  sportowy plecak. Podziękował nam i przeszliśmy do mojej mamy. Najpierw rozpakowała mój prezent i popłakała się gdy ujrzała ten naszyjnik. Poprosiła mnie żebym pomogła jej go nałożyć. Po tym mocno mnie przytuliła i rozpakowywała dalej. Od Ethana dostała perfum, a od taty przepiękną suknię. Mama żartobliwie skarciła go że ta suknia musiała mnóstwo kosztować, a on powiedział że w święta nie powinno się patrzeć na pieniądze. Zaczęliśmy się wszyscy śmiać a chwilę potem prezenty zaczął rozpakowywać tata. Ode mnie otrzymał perfum i książkę którą kupiłam mu przed wyjazdem, od Ethana otrzymał butelkę ulubionego wina oraz krawat, a od mamy spinki do mankietu oraz koszulę. Nie umiem pojąć faktu że mój tata jest żołnierzem, a potrafi się czasami tak elegancko ubrać. Paradoks. No i wreszcie pod koniec przyszedł czas na mnie. Na początku odpakowałam prezent od mojego brata. Ethan podarował mi nową płytę mojego ukochanego zespołu oraz świetne słuchawki.
- Przyda ci się trochę muzyki 
-Dzięki braciszku
Od mamy dostałam genialną bluzkę i bluzę sportową, a od taty dostałam ręcznie robiony przez jego kolegę nieśmiertelnik z moim imieniem i nazwiskiem i dopiskiem:,,wojowniczka'' a także wspólne zdjęcie podczas mojej wizyty w jego oddziale wojskowym. Zdjęcie przedstawiało mnie  gdy siedziałam w ulubionym czołgu taty i ubrudzona cała śmiałam się i machałam do niego. Ahhh... zachciało mi się wtedy płakać.
Na sam koniec został Marley. Wszyscy wspólnie postanowiliśmy mu coś kupić i tak oto dostał parę przysmaków, nową zabawkę do gryzienia oraz przypinkę do jego obroży z jego imieniem i adresem. Marley pierwsze co zrobił to porwał swoją zabawkę i zaczął się z nią drażnić i szczekać.

Po odpakowaniu wszystkich prezentów zjedliśmy razem śniadanie, przebraliśmy się w coś bardziej eleganckiego niż piżamki i szlafroki i zasiedliśmy razem w salonie przed kominkiem i postanowiliśmy zagrać w jakąś grę planszową. Wybraliśmy monopoly i po chwili już zaczęła się rywalizacja. Podczas gry śpiewaliśmy wspólnie kolędy oraz świetnie się bawiliśmy. Godzinę później mama upiekła ciasteczka, a ja razem z Ethanem zapakowaliśmy je i za poleceniem mamy poszliśmy dać je sąsiadom. Oni bardzo lubią nasze ciasteczka, a także takie handmade to jeden z cenniejszych prezentów w naszej okolicy. Sąsiedzi ze zdziwieniem przywitali nas ponieważ nie mogli uwierzyć że i ja i przede wszystkim Ethan wróciliśmy cali i zdrowi. Każdy zadawał nam mnóstwo pytań ale my za każdym razem staraliśmy się jakoś wymigać ich i pod pretekstem dalszych odwiedzin sąsiadów uciekaliśmy od nich nie odpowiadając na krępujące pytania typu : ,, gdzie wyście byli przez ten czas?'', ,, jak przeżyliście?'', ,,czy ktoś was porwał?'' itp....
Po rozdaniu wszystkich ciastek wróciliśmy  z powrotem do domu, a tam czekał na nas już świąteczny, tradycyjny obiad. Zdjęliśmy kurtki i pędem pobiegliśmy do stołu. Mama przyrządziła tyle smakowitości, że nie wiadomo było na co się zdecydować.  Najciekawsze było, że połączyła naszą amerykańską kuchnię z polską. Na stole można było znaleźć: pieczoną szynkę, puree ziemniaczane,zapiekankę z zielonej fasolki,sos borówkowy, kolby kukurydzy,a także barszcz z uszkami, karpia, śledzie oraz kompot, soki owocowe i tradycyjny eggnog, ten sam który dostaliśmy wczoraj w restauracji. Wszyscy zasiedliśmy do obiadu i bez słowa zaczęliśmy się zajadać tymi pysznościami. Ja wzięłam sobie trochę puree, łyżkę zapiekanki, kolbę kukurydzy, małą miskę barszczu oraz kompot i szklankę eggnog. Nikt przez cały obiad się nie odzywał tylko pałaszował jedzenie. To wszystko było tak dobre, że dziwiłam się czemu moja mama została pielęgniarką, a nie szefem kuchni. 
Gdy zjedliśmy już obiad ja i Ethan pomogliśmy mamie w sprzątaniu i myciu naczyń, a tata wyszedł z domu na godzinę pod pretekstem ,, załatwienia niespodzianki''. Nic nie przychodziło mi na myśl co takiego mógł wykombinować. Po posprzątaniu udałam się do siebie ułożyłam swoje prezenty i zaczęłam się nimi ,, bawić''. Założyłam nieśmiertelnik od taty, położyłam na półce zdjęcie od niego, włączyłam płytę od Ethana i ubrałam się w bluzkę którą dostałam od mamy. W tym roku prezenty były naprawdę udane bo każdemu z nas bardzo się podobały.
Po ogarnięciu swoich prezentów udałam się na chwilę do pokoju mojego brata. Siedział właśnie przy biurku i coś pisał . Przeszkodziłam mu i zapytałam:
- Ethan ?
- Tak Emily ?
- A no bo wiesz ... chciałam się tylko zapytać kiedy będziemy wracać do obozu- to ostatnie powiedziałam ciszej aby przez przypadek nie usłyszała tego mama.
- Jutro wieczorem
- Ohhh... już? dobrze rozumiem 
- Ejj... weź o tym nie myśl że tak szybko stąd wyjedziemy wiesz przecież że..
- Tak wiem tylko zastanawia mnie, jak my to powiemy rodzicom
- Jakoś im to wytłumaczymy
- Ale oni nie zrozumieją 
- Przestań, oni są wyrozumiali i nasz kochają muszą zrozumieć że nasze życie jest inne i że nie możemy tu zostać 
- No tak, ehh dobra 
Naszą rozmowę przerwał krzyk taty. Podeszliśmy do okna i ujrzeliśmy go machającego do nas i wołającego :
- Dzieciaki ubierzcie się szybko i wyjdźcie z mamą na zewnątrz
- Co on kombinuje? - spytałam się Ethana
- Nie mam pojęcia, ale zaraz się przekonamy- odparł i wyszedł z pokoju, a ja za nim.Ubraliśmy się w buty zimowe i kurtki i razem z mamą wyszliśmy z domu. Naszym oczom ukazał się niespodziewany widok.
- Tadaa - krzyknął radośnie tata- zapraszam was na kulig
- John? Czyś ty zwariował ? Ale skąd ??
- Oh kochanie nie pytaj tylko wskakuj
- Łał - zdołałam z siebie tylko to wydusić a po chwili dodałam - jakie piękne konie
- No nieźle tato
- To tak żeby ten dzień był jeszcze bardziej wyjątkowy zabieram was na wycieczkę
- Ale czy te konie to wytrzymają - spytałam z lekką niepewnością
- Zaprzęg ma wbudowane koła więc konie nie bedą się mocno męczyć. Chodźcie...
Weszliśmy na sanie i przywitaliśmy się z prowadzącym konie- Henrym 
- Witajcie i siadajcie. Tutaj macie koce otulcie się nimi i rozkoszujcie się widokiem. A no i przy okazji wesołych świąt 
- Wesołych Świąt proszę pana - odpowiedziałam uprzejmie
Gdy już wszyscy zajęliśmy swoje miejsca, pan Henry pociągnął za lejce i ruszyliśmy. Mama i tata objęli się na wzajem, a ja wtuliłam się w koc i oparłam się o Ethana. 
Pędziliśmy wzdłuż lasu, wiatr i śnieg czochrał nam włosy i porywał czapki ( np : Ethanowi ) a widok wokół zapierał dech w piersiach. To było naprawdę cudowne uwiecznienie na koniec tego szczególnego dnia...

OD AUTORKI
Witajcie czytelnicy. Aktualnie jestem padnięta po szkole dlatego wrzucam na szybciora kolejny rozdział i mam nadzieje, że się wam spodoba. Z góry przepraszam za błędy, ale poprawię się obiecuje. Na razie lecę i zostawiam wam 22 rozdział. Miłego czytania. Pozdrawia Aleks

poniedziałek, 14 marca 2016

Rozdział 21

Nadszedł 24 grudnia co oznaczało jeden dzień do Bożego Narodzenia. Kiedyś mama mi opowiadała, że gdy mieszkała w Polsce oni już dzisiaj mieli Wigilie, podczas której jedli uroczystą kolację, szli do kościoła i obdarowywali się prezentami. U nas jest trochę inaczej, bo na prezenty muszę dopiero poczekać do jutra rana, tak samo jak na uroczysty obiad muszę jeszcze czekać. 
Tego dnia obudził mnie Marley który wparował do mojego pokoju i zaczął hałasować na cały dom. Wskoczył mi na łóżko i dosłownie zrzucił mnie z niego. Jak się ocknęłam on siedział obok mnie i tylko machał radośnie ogonem.
- No hej piesku. Dzięki za  pobudkę
Marley szczeknął po czym pobiegł w stronę pokoju Ethana, aby i jemu zrobić pobudkę. Ja za to wyjęłam jakieś ciepłe ubrania z szafy i udałam się do łazienki. Po porannym odświeżeniu się rozpakowałam trochę swoich rzeczy z walizki i udałam się na dół na śniadanie. W jadalni zastałam już rodziców którzy zajadali się tostami i jajecznicą. Mama gdy mnie ujrzała szeroko się uśmiechnęła i zapytała :
- Wyspałaś się?
- Oczywiście... bardzo mi brakowało tego łóżka
Mama zaśmiała się i podeszła do kuchenki aby podać mi śniadanie. Przysiadłam się obok taty i zaczęłam jeść tosty gdy on zapytał :
- Emily nie pytałem się ciebie i Ethana o to wczoraj ale muszę zapytać teraz
,, O nie '' pomyślałam 
- Gdzie wyście się podziewali przez ten czas?
- No wiesz tato byliśmy w różnych miejscach, ale nie potrafię ci tego wytłumaczyć 
- Rozumiem, ale wiesz taki długi czas ? Co w ogóle robiliście ?
- A takie tam... nic wielkiego to nie ważne 
Naszą niezręczną rozmowę przerwał mój brat który wparował do jadalni razem z Marleyem
- Ahhh.. co za świetny dzień. Ale się dzisiaj wyspałem. O tosty !
- Siadaj kochanie- powiedziała mama po czym dodała - Emily jak skończysz jeść to daj Marleyowi karmę 
- Dobrze mamo 
Po porannym śniadaniu wszyscy wybraliśmy się na miasto.Tam zrobiliśmy najpotrzebniejsze zakupy i udaliśmy się do naszej ulubionej kawiarni. Zamówiliśmy każdy po gorącej czekoladzie i świątecznym serniku. Później udaliśmy się z rodzicami na lodowisko. Było naprawdę świetnie. Ja cały czas goniłam Ethana i próbowałam różnych sztuczek na lodzie a nasi rodzice próbowali się nie wywrócić. Cały czas chciało mi się z nich śmiać ale byłam taka szczęśliwa że znowu ich widzę radosnych. Gdy już każdemu zrobiło się zimno i zaczęły nas boleć tyłki od upadków udaliśmy się na obiad do domu. Postanowiłam pomóc mamie w przygotowaniu go i razem przyrządzić pyszne spaghetti. Wszyscy ze smakiem je skonsumowaliśmy, a po obiedzie rozeszliśmy się na odpoczynek. Ja postanowiłam tą chwilę czasu wykorzystać na rysowanie. Na początku postanowiłam narysować jakiś krajobraz, ale zdecydowałam się zrobić prezent dla Matta i naszkicowałam jego oraz  Feniksa. Matt pewnie dalej ubolewa po jego stracie dlatego też stwierdziłam że to będzie idealna pamiątką po nim. Po 2 godzinach dokładnego rysowania detali zaczęłam go wypełniać kolorami. Nie skończyłam, bo rodzice postanowili zabrać nas na rodzinny spacer. Odłożyłam więc moje dzieło, ubrałam się w kurtkę zimową, dżinsy, buty, szalik i czapkę i dołączyłam do nich. Wzięłam ze sobą mój stary aparat, aby móc uwiecznić ten spacer. Szliśmy laskiem niedaleko naszego osiedla i rozmawialiśmy na różne tematy. Rodzice wciąż starali się z nas wydusić prawdę na temat naszego zniknięcia ale nie dopuściliśmy do tego. Gdyby dowiedzieli się kim jesteśmy już nigdy nie byliby normalni wobec nas. Ethan pod koniec spaceru zaczął razem z moim tatą rzucać we mnie i mamę kulkami śniegu a Marley starał się je łapać. Było przy tym mnóstwo frajdy, aczkolwiek wszyscy byliśmy później mokrzy i przemarznięci więc szybko wróciliśmy do domu...

***
Po przebraniu się w suche ciuchy i posiedzeniu przy kominku mama i tata zabrali nas do restauracji na świąteczną kolację. Ubraliśmy się wszyscy bardziej elegancko co mi niezbyt pasowało, ale zdecydowałam się wytrzymać to dla rodziców i ubrałam się w czerwoną sukienkę, czarną marynarkę i czarne półbuty. Sukienka je zasłaniała więc nikt nie widział mojego oryginalnego ubioru. Zarzuciłam na siebie płaszcz, włosy spięłam w kok, zrobiłam lekki makijaż, ubrałam łańcuszek od Matta i udałam się do samochodu. Mama miała na sobie piękną granatową suknię ( która idealnie do niej pasuje) niebieskie szpilki i kremowy płaszcz, a tata i Ethan ubrali się równie elegancko bo w marynarki i eleganckie spodnie chociaż i tak rozbawił mnie widok Ethana- marynarka, spodnie uprasowane w kant, a do tego sportowe buty, zresztą ja nie wyglądałam lepiej. Wsiedliśmy wszyscy do auta i udaliśmy się do naszej ulubionej restauracji. Rodzice zamówili sobie razem kurczaka w warzywach, Ethan wybrał sobie jakąś włoską potrawkę, a ja zamówiłam sobie łososia z ryżem i warzywami. Do tego kelner podał nam tradycyjny świąteczny napój eggnog. Przez cały pobyt tam w radiu puszczano świąteczne piosenki, a atmosfera była bardzo przyjemna. Kolacja ta była tak dobra, że czułam jakby mój brzuch urósł dwukrotnie. Byłam tak najedzona że nie umiałam się ruszyć. W naszym obozie dbano o dobrą dietę dlatego tam nie jadłam tak wiele jak teraz. Masakra przez te święta to mi chyba z 5 kilo przybędzie.
Gdy wróciliśmy do domu był już wieczór. Zrzuciłam z siebie tą wkurzającą sukienkę i ubrałam się w t-shirt i spodnie od piżamki. Przysiadłam się znowu do obrazu dla Matta i pracowałam nad nim do 23. Wciąż jeszcze nie udało mi się go dokończyć ale większość miałam już zrobione. Przed snem udałam się jeszcze raz na dół aby zobaczyć choinkę i sprawdzić czy wszystko jest gotowe na przyjście ,,mikołaja''. Ciastka i mleko zostawiłam na stoliku, a skarpetki na mini prezenty przywiesiłam nad kominkiem. Nie mogłam się już doczekać aż moi rodzice zobaczą co im kupiłam... Po cichu wróciłam do siebie i odczekałam do północy a chwilę później zaniosłam prezenty pod choinkę. Tam ku mojemu zdziwieniu zastałam Ethana który również kładł prezenty. Postarałam się uważać i być tak cicho żeby mnie nie zauważył. Ukryłam się za schodami i odczekałam aż sobie pójdzie aby móc podejrzeć co on takiego ciekawego tam dał. Gdy Ethana już nie było na palcach podeszłam do choinki i gdy chciałam zajrzeć do prezentów usłyszałam kroki rodziców. W panice dzięki swoim zdolnościom zatrzymałam na chwilę czas i najszybciej jak się dało uciekłam do swojego pokoju ( jak ninja). Po chwili moja magia przestała działać i wszystko wróciło do normy. Rodzice krzątali się wokół choinki i układali prezenty, a ja ich podsłuchiwałam. Kiedy skończyli i zaczęli iść w stronę sypialni ja momentalnie wskoczyłam do łóżka i zaczęłam udawać że śpię. Chociaż tak naprawdę po paru minutach zasnęłam i już nie mogłam doczekać się jutra....

OD AUTORKI
Kolejny rozdział już do was leci. Jak tylko wróciłam z szkoły usiadłam do kompa, aby dokończyć ten rozdział by był gotowy do publikacji. Wiem, wiem rewelacji nie ma, ale ciągle nad tym pracuje. Następne rozdziały będą lepsze uwierzcie mi, a na razie zapraszam do czytania :) Aleks