środa, 16 marca 2016

Rozdział 23

Podczas jazdy kuligiem konnym cały czas dużo śpiewaliśmy i śmialiśmy się. Henry który kierował końmi okazał się niezłym żartownisiem i opowiadał ciekawe kawały. Cała droga minęła nam więc w śmiechu i radości. Po 2 godzinach wróciliśmy do domu, podziękowaliśmy panu Henriemu, a ja nawet poleciałam do domu  po kostki cukru i poczęstowałam nimi konie. Gdy wróciliśmy był już wieczór, dlatego razem z mamą przygotowałyśmy kolację oraz deser i całą rodzinką zasiedliśmy do stołu. Ten dzisiejszy dzień, świąteczny dzień okazał się chyba najlepszym do tej pory. Jeszcze nigdy nie widziałam rodziców tak szczęśliwych. Pamiętałam że gdy zaginął Ethan ( 7 lat temu ) rodzice stali się ponurzy, zestresowani i smutni. Mogłam sobie tylko wyobrazić co się z nimi działo gdy i ja zniknęłam. A teraz gdy jesteśmy całą czwórką ( + Marley)
razem rodzicom nie znika uśmiech z twarzy. Najgorsze będzie jednak to gdy im powiemy jutro że będziemy musieli znowu odejść, aby wrócić do obozu...
Gdy skończyliśmy kolację i pomyliliśmy naczynia każdy udał się do siebie. Ja osobiście zajęłam się kończeniem obrazu  dla Matta. Moje dzieło ukończyłam jakoś około godziny 22.30. Odłożyłam obraz na półkę aby usechł a sama udałam się do łazienki. Umyłam się, przebrałam w piżamkę i migiem wskoczyłam do łóżka. Otuliłam się kołdrą, założyłam słuchawki, puściłam muzykę i odpłynęłam...
Następnego dnia- 26 grudnia jak się okazało rodzice musieli iść do pracy. Postanowiliśmy razem z Ethanem potowarzyszyć im i przy okazji pomóc tak więc zaraz po śniadaniu ja udałam się z mamą do szpitala, a Ethan z tatą do jego jednostki wojskowej. 
Szpital w którym mama pracuje znajdował się niedaleko centrum miasta. Był on ogromnym budynkiem, całkiem nowoczesnym w którym było wiele oddziałów. Mama pracowała w paru z nich jako profesjonalna pielęgniarka, a także położna. Dzisiaj akurat opiekowała się pacjentami z chirurgi i wypadków. Podczas gdy ona chodziła od sali do sali ja siedziałam w pokoju pielęgniarek i układałam jakieś papiery i robiłam spisy dotyczące pacjentów. Po godzinie zaczęłam się strasznie nudzić więc dokończyłam tą robotę i wymknęłam się po kryjomu aby pozwiedzać szpital. Najpierw znalazłam się w oddziale ginekologicznym i patrzyłam przez szybę na rząd ułożonych łóżeczek w których było mnóstwo malców. Każdy z nich był podobny do siebie- różowy i okrąglutki. Pomachałam do tych malców po czym udałam się dalej. Znalazłam się właśnie w pediatrii gdzie w jednej sali leżała dziewczynka z połamaną nogą. Udałam się więc do niej. Usiadłam obok jej łóżka i przedstawiłam się
- Hej jestem Emily a ty ?
- Stella- powiedziała lekko przestraszonym głosem
- Ładne imię, a co ci się stało w nogę ?
- Poślizgnęłam się na lodzie i upadłam
- Ohh... przykro mi. Wiesz może będę mogła ci pomóc
- Tak ? A kim ty w ogóle jesteś ?
- Moja mama tu pracuje i czasami przyjeżdżam z nią aby jej pomóc i zaopiekować się pacjentami

- Proszę zrób aby mniej bolało 
- Ok to zamknij oczy, pomyśl o czymś miłym i policz do 10
- Ok- odpowiedziała i zaczęła liczyć- Raz, dwa...
Ja za ten czas złapałam jej nogę, pomasowałam ją i przelałam leczniczą energię w jej złamaną kość. Po chwili Stella przestała liczyć i z wielkim zaskoczeniem zobaczyła że jej noga jest zdrowa
- O rany. Już nic nie boli. Dziękuje ci bardzo - przytuliła mnie po czym zapytała - Jak ty to zrobiłaś ?
- Nie mogę ci powiedzieć tego ale pomogło mi w tym magia 
- Super !!- krzyknęła radośnie - też tak chce umieć
I wtedy pomyślałam sobie że może ona także ma jakieś nadprzyrodzone umiejętności i będzie kiedyś w naszym obozie podczas gdy ja już będę pewnie dorosłą kobietą
- Nauczysz się spokojnie jesteś jeszcze za mała. Ja już muszę uciekać wiesz
- Ok papa - pożegnała mnie i z powrotem położyła się do łóżka
 Ja za to udałam się w dalszą drogę po szpitalu. Byłam na oddziale Intensywnej Terapii, Chirurgii, Neurologii, Kardiologii i Okulistyce. Na sam koniec odwiedziłam część szpitala - Onkologiczną. Tutaj byli pacjenci chorzy na raka i różne nowotwory. Spotkałam tam pewną parę- młodego chłopaka i dziewczynę. Okazało się właśnie,że chłopak jest chory na białaczkę i będzie go czekała chemioterapia. Udałam się do jego pokoju i spotkałam się z nim aby mu dodać otuchy. Siedział właśnie ze swoją ukochaną a ona cały czas płakała...
- Hej - powiedziałam - nazywam się Emily i no moja mama tu pracuje a ja właśnie pomagam jej
- Hej jestem David a to moja narzeczona Alice. Co cię sprowadza akurat do mnie?
- Nie wiem tego. Dowiedziałam się że masz raka i postanowiłam cię odwiedzić i spróbować ci jakoś pomóc.
- Jak możesz mi pomóc?Jesteś nastolatką a ja już umieram
- Wyluzuj i nie myśl od razu że umierasz. Spróbuje przygotować pewną szczepionkę która może powstrzymać białaczkę i zacząć proces cofania się tego raka.
- Jak niby ???
- Oj to już zostaw mnie ok ?
- Dobra ale wiesz nie jesteś lekarzem i nie wiem czy ci ufać
- Przysięgam ci że nie mam zamiaru zrobić ci nic złego 
- No....ok
Zebrałam więc potrzebne składniki z apteki szpitalnej, połączyłam je i stworzyłam szczepionkę którą kiedyś wynalazłam. Podałam ją temu chłopakowi i powiedziałam :
- Powinno widać poprawę po paru dniach. Przyjdź do szpitala za niedługo i poproś o powtórną diagnozę ok ?
- Dobrze 
- I to mu na pewno pomoże ? - zapytała Alice
- Jestem przekonana że tak 
Pożegnałam tę parę i udałam się z powrotem do pokoju pielęgniarek aby tam poczekać na moją mamę ... Po drodze kupiłam sobie w szpitalnym sklepiku ciastko i sok i zrobiłam sobie przerwę na lunch. Godzinę później razem z moją mamą zajęłam się jeszcze paroma pacjentami. Podawałam im jedzenie oraz leki, a mama raz za razem chwaliła mnie i mówiła że byłabym wspaniałym lekarzem. W głębi duszy czułam że mogło by być coś co byłoby dla mnie odpowiednie w przyszłości ale nie byłam do końca do tego przekonana...
Około godziny 15 mama przyniosła mi obiad z szpitalnej kuchni i obie je zjadłyśmy. Później w szpitalu spędziłyśmy jeszcze 2 godziny i po 17 wróciłyśmy do domu. Udało mi się nawet dzisiaj zarobić parę dolarów a także dostać pochwałę od ordynatora tego szpitala. Jest on chyba jedynym człowiekiem w tym szpitalu oprócz mojej mamy który naprawdę mnie lubi i pozwala mi tu przebywać. Inni lekarze twierdzą że tylko przeszkadzam im i pacjentom... Hmmm, no cóż wszystkim nie da się dogodzić. 
Po powrocie do domu zastałyśmy tylko Marleya czekającego pod drzwiami z miską. Biedak nie dostał swojego obiad o wyznaczonej porze i z niecierpliwością czekał na nas. Od razu po zdjęciu kurtki i zimowych butów podałam mu jego zasłużone jedzonko. Ja sama postanowiłam  trochę odpocząć. Włączyłam telewizję, ułożyłam się wygodnie na sofie i na chwilę  zdrzemnęłam się...
Godzinę później wrócili Ethan z tatą cali brudni i zmęczeni ale bardzo zadowoleni. Ethan opowiedział mi co robił dzisiaj z tatą na służbie. Powiedział że poznał wielu niesamowitych żołnierzy, dowiedział się o ich niedawnej misji i nawet pomagał przy naprawie broni itp...
O 19 zasiedliśmy wszyscy do kolacji. Mama przygotowała pyszności które zostały z obiadu wigilijnego i każdy z nas do porządku się najadł. Po kolacji Ethan poprosił mnie na rozmowę. Powiedział że musimy się zbierać do powrotu do obozu. Udaliśmy się oboje do swoich pokoi, spakowaliśmy rzeczy oraz niektóre prezenty świąteczne które otrzymaliśmy i razem z walizkami zeszliśmy na dół do rodziców aby powiedzieć im gorzką prawdę że musimy wracać. Rodzice właśnie siedzieli z Marleyem w salonie i gdy zobaczyli nas z tymi walizkami momentalnie ich twarze pobladły. Podeszli do nas i mama spytała :
- A wy się dokąd wybieracie ?
- Mamo...- zaczęłam niepewnie ale przerwał mi Ethan z swoją wymową
- Musimy wracać tam skąd przybyliśmy. Wiem że jesteście źli zapewne i zdziwieni, że już was opuszczamy, ale naprawdę nie możemy tu zostać. Przyjechaliśmy specjalnie aby was odwiedzić w te święta i spędzić z wami ten cudowny czas. Dziękujemy wam za te dni, za prezenty na święta i za wszystko co zrobiliście dla nas. Musicie nas zrozumieć.... nie możemy z wami zostać. Potrzebni jesteśmy gdzieś indziej, ale nie martwcie się jeszcze tu wrócimy i to nie raz... kochamy was, ale nie możemy zostać już na zawsze. Coś się zmieniło w naszych życiach i po prostu....
- Rozumiemy to - odpowiedział tata za ich oboje 
- Co ???!!!- spytaliśmy zdziwieni
- Cóż dzieci jeżeli naprawdę musicie odejść to pozwalamy wam na to. Jesteście oboje już dość duzi, aby móc decydować o waszym życiu, tylko pamiętajcie nie zapomnijcie o waszych rodzicach
- Nigdy nie zapomnimy - odpowiedziałam i ze łzami w oczach podeszłam i przytuliłam rodziców
Pokazałam tacie że mam już założony jego nieśmiertelnik i że zawsze będzie mi przypominał te chwile. Tata pomimo tego iż jest żołnierzem i często nie pokazuje swoich uczuć teraz również się rozpłakał.
- Tylko dzieci uważajcie na siebie i powiedźcie mi tylko jedno- zaczął tata
- Tak tato ?- spytałam 
- Czy tam gdzie idziecie jest bezpiecznie i czy na pewno dacie sobie rade?
- Jest tato i przysięgam ci że gdyby działo się cokolwiek powiadomimy was o tym, ale obiecuje ci że będę dbał  o Emily - powiedział poważnie Ethan 
- Dobrze a zatem jedźcie już, za parę minut przyjedzie autobus- oznajmił tata
- Pa mamo, pa tato będę tęsknić- powiedziałam i ponownie ich przytuliłam 
- Ohh pa skarbie- powiedziała mama co chwile wycierając chusteczką łzy
Ethan pomógł mi w walizkami i oboje udaliśmy się w drogę do przystanku. Pomachaliśmy jeszcze tylko na koniec rodzicom i poszliśmy przed siebie. W tym momencie zaczął padać śnieg, a ja zdałam sobie sprawę jak wspaniałych mam rodziców.
Chwilę potem byliśmy już w drodze do naszego drugiego domu którym był Obóz Innych...

OD AUTORKI
No hejka drodzy czytelnicy. To znowu ja. Przesyłam w wasze ręce rozdział 23 i życzę miłego czytania. Wiem wiem znowu pewnie nudny i krótki, ale serio się staram. Na razie kończę i idę pobiegać bo piękną mamy pogodę *.* Pozdrawia Aleks:*

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz